Skoro nasz wyjazd to generalnie „letnie uciechy” jak większość turystów jedziemy na południe wyspy. To właśnie w tym rejonie znajdują się miejsca letniego leniuchowania na plaży, nocnego szaleństwa i najwyższych temperatur. To właśnie tutaj, na południu wyspy panują najlepsze warunki klimatyczne. Ponoć średnia roczna temperatura to ponad 20 stopni Celsjusza! Można zatrzymać się w mniejszych i spokojniejszych miejscowościach albo w rozsławionym Playa del Ingles czy Maspalomas. Nasz wybór padł właśnie na Playa del Ingles. Choć wiele osób nie poleca tej miejscowości ze względu na jej specyficzny charakter  (o tym za chwilę) dla nas okazał  się to strzał w dziesiątkę. Założyliśmy, że oprócz zwiedzania, leniuchowania na plaży będziemy mocno imprezować i chcemy mieć blisko do hotelu gdy nad ranem wracamy po imprezie. Jeżeli jednak nie nastawiacie się na imprezowanie a jedynie na odpoczynek zdecydowanie omińcie dwie wyżej wymienione miejscowości i poszukajcie czegoś bardziej „klimatycznego” nad samym oceanem. Wybór jest naprawdę ogromny.

Maspalomas, Playa del Ingles to dwa oddzielne, położone tuż obok siebie miasta. Miasta, które chyba generują większość zysków z ruchu turystycznego na Gran Canarii. Miasta sztuczne, wybudowane na potrzeby turystyki, które zapewniają wszystko czego potrzebuje turysta, ale nie oferują niczego hiszpańskiego, niczego co pozwalało by poznać charakter Gran Canarii. Oba kompleksy dla mnie tworzą jedno miasto. Nie widać ich granic, nie różnią się także niczym od siebie. Jest to trzeci pod względem wielkości kompleks turystyczny w całej Hiszpanii.

Plątanina hoteli, apartamentów, restauracji i sklepów gdzie przewija się tłum ludzi z całego świata a gwar panuje całą dobę. Wielu docenia takie „urządzenie” gdyż znajdą tutaj wszystko blisko siebie. W takim miejscu nie można się nudzić. Ogromna konkurencja powoduje również bardzo przyzwoite ceny w restauracjach, dyskotekach czy wypożyczalniach samochodów. Playa del Ingles to zdecydowanie miasto ludzi młodych nastawionych na rozrywkę i zabawę.

Nie ma tutaj jednak zabytkowej starówki z głównym rynkiem, które są naturalną częścią hiszpańskich miasteczek. Nie poobserwujecie tutaj życia miejscowych, bo oni tutaj nie mieszkają jedynie pracują. Miejsce jak „wycięte” z Hiszpańskiej tradycji i kultury. Czasami idąc ulicami  miałem wrażenie, że poruszam się w „tunelu”. Po obu stronach ulicy jedynie mury i płoty, które skutecznie zasłaniają hotelowe baseny. Nie ma tutaj autentycznego życia. Zresztą nie ma też gdzie spacerować, no chyba że ktoś lubi oglądać kolejne budynki hoteli (zresztą większość to brzydkie betonowe „sejfy na wakacyjne grzechy”). Jedynym „elementem” godnym uwagi to posadzone kaktusy. Jeszcze nigdzie nie spotkałem tak pięknych okazów rosnących na trawnikach.

Jeszcze na początku XX wieku Maspalomas było niewielką osadą na skraju wydm. Natomiast w Playa del Ingles z trudem uprawiano pomidory. Nikomu się nie śniło, że w czasie dwóch dekad powstanie tutaj kompleks wypoczynkowy, który przyjmuje rocznie ponad 3 miliony ludzi spragnionych słońca i zabawy. „Urbanizację” Gran Canarii rozpoczął Alejandro del Castillo, który szybko dostrzegł wielki potencjał swych rozległych posiadłości na południu wyspy. Do 1974 roku na wydmach Maspalomas wyrosła Playa del Ingles. Już wówczas wyspę odwiedzało rocznie milion osób. Od tego czasu jest już tylko lepiej, lub jak mówią niektórzy już tylko gorzej. Wyspa boryka się z problemami ochrony środowiska i wieloma innymi spowodowanymi masową turystyką. Tak to niestety bywa, że rozwój turystyki nie zawsze jest w 100% dobry. Gran Canaria próbuje sprostać tym wyzwaniom. Dzisiaj duży obszar wyspy to rezerwaty biosfery UNESCO.  Miejmy nadzieję, że władze wyspy zdołają zapanować nad sytuacją i znaleźć kompromis pomiędzy potrzebami turystów (zyskami) a potrzebami środowiska (swoim dziedzictwem).

Dla wielu osób tętniący życiem kurort jest spełnieniem wakacyjnych marzeń i na pewno Maspalomas i Playa del Ingles jest takim miejscem. Tutaj czas spędza się albo na plaży albo w angielskich pubach, chińskich restauracjach, szwedzkich barach w klubach nocnych czy polach do mini golfa. Gdyby „wyciąć” to miejsce z wyspy nikt nie wiedziałby w jakim kraju mogło istnieć. Takie miejsce może być wszędzie. Zresztą czy nazwa ulicy Avenida de Neckermann czy Avenida de Tui, brzmi chociaż troszkę romantycznie?

Głównym miejscem spotkań ludzi (oczywiście w godzinach wieczornych i nocnych) są centros comerciales, czyli centra handlowe. Są to rozległe kompleksy handlowe, jednak nie wyglądają one jak nasze centra „rozpusty zakupowej”. Bardziej przypominają one dobrze zorganizowane rynki. Setki małych sklepików, restauracji oraz lepiej lub gorzej zagospodarowane miejsca na świeżym powietrzu. Gdy nadchodzi godzina zamknięcia sklepów swoje podwoje otwierają dziesiątki barów, dyskotek i klubów. Z miejsca handlu centra zamieniają się w centra zabawy. Ma to swój ogromny plus. Nie trzeba biegać po całym mieście aby pobawić się w innej dyskotece czy klubie. Wszystko jest tuż obok.

Najbardziej znane to centrum handlowe Yumbo , Cita i Kasbah. Spokojnie pomiędzy nimi można się przejść, jeżeli tylko będzie potrzeba. Choć pewnie nie będzie takiej potrzeby bo na miejscu jest wszystko. Generalnie sklepy to towar made in China. Tony ubrań, butów, czapek, pasków itp. Sporo podróbek torebek, portfeli, okularów światowych firm – co na to Unia? Są również salony fryzjerskie, malowanie portretów, karuzele, tatuaże te prawdziwe jak i te z henny, mnóstwo karuzeli, automatów i „urządzeń” dla dzieci. Jest kilka firmowych sklepów sportowych i sporo perfumerii, gdzie ceny są równie „piękne” (czytaj tanie) jak i zapachy. Znajdziecie tam również sklepy z elektroniką w fantastycznie niskich cenach – ale raczej nie jest to prawdziwe Sony, Nikon czy Nokia J Ceny to wielki  plus Gran Canarii. Gdzie w Europie kupicie paczkę West’ów za 1€?

Yumbo po zmierzchu zmienia się w centrum rozrywki gejowskiej. To tutaj umiejscowiły się wszystkie kluby, bary, sauny itp. Jest wiele kabaretów gdzie występują drag queen. Jednym słowem rozrywka spod znaku tęczowej flagi. Cita to raczej królestwo dorosłych. Spośród wielu barów, dyskotek znajdziecie tutaj również np. klub dla swingersów. Natomiast w Kasbah króluje generalnie młodzież, która bawi się w rytmach techno czy muzyki pop. Nie ma chyba osoby, która w tych przybytkach nie znalazłaby miejsca w którym będzie się świetnie bawił. A jeżeli nie przepadacie za „yańcami, hulankami i swawolą” to zawsze warto posiedzieć przy sangrii i popatrzyć na wesołych ludzi, którzy bardzo często wyglądają bardzo „odjazdowo”. Oczywiście istnieje wiele lokali porozrzucanych po mieście. Jedną z bardziej znanych i reklamowanych dyskotek jest Boney M.  Niezbyt duża ale za to odwiedzana przez miejscowych i z barmanką, która jest z Polski 🙂

Ten turystyczny raj może jednych zachwycić innych przytłoczyć i zrazić. Dlatego zanim wybierze się miejsce swoich letnich wakacji lepiej zorientować się gdzie wybrać hotel. Zaledwie kilka kilometrów od Maspalomas są spokojniejsze miejscowości gdzie można się cieszyć spokojem i hiszpańską atmosferą. Jednak jeżeli stawiamy na rozrywkę, zabawę, poznawanie ludzi z całego świata Playa del Ingles jest miejscem do tego stworzonym – dosłownie.

Jeden komentarz do “Letnie uciechy w sztucznym mieście”

  1. I’m glad I could help 🙂 Thank you for your visit.

Skomentuj