Przez kilka pierwszych dni naszego pobytu nacieszyliśmy się plażą, nocnymi imprezami i wszystkim tym co powoduje, że jesteśmy rasowymi turystami tzw.  „basenowymi”. Jednak …żeby życie miało smaczek raz … no trochę inaczej powinno to brzmieć. Skoro plaże już zaliczone przyszedł czas na prawdziwe poznawanie wyspy i przekonanie się, na własne oczy, dlaczego tylu ludzi zachwyca się tym skrawkiem lądu na oceanie? Postanawiamy pojechać do Puerto de Mogan. To pierwszy przystanek na drodze poznawania wyspy. Jedziemy do tej miejscowości z dwóch powodów.

Pierwszy to informacja, że w piątki odbywa się tam duży targ gdzie można kupić rękodzieło sprowadzone z Senegalu. Ponieważ lubię tego typu pamiątki a i Afryka jest bliska memu sercu (zresztą mamy stąd do Afryki zaledwie 100 km) dzień zapowiada się fajnie. Drugi powód to taki, że Puerto de Mogan często nazywane jest małą Wenecją (La Venecia de Canarias ). Ponieważ poza znaną wszystkim Wenecją we Włoszech miałem okazję oglądać również „Małą Wenecję” w Birmingham, oraz dzielnicę zwaną „Małą Wenecją” na greckiej wyspie Mykonos, jestem bardzo ciekawy jak wygląda kolejna, tym razem na zachodnim wybrzeżu Gran Canarii.

Puerto de Mogan jest oddalone od Playa del Ingles o jakieś 20 kilometrów na zachód. Droga prowadzi wśród wąwozów i górskimi drogami wspina się najpierw do miejscowości Mogan aby potem, kolejną serpentyną doprowadzić do Puerto de Mogan. Sama jazda autobusem po zboczach gór dostarcza trochę więcej adrenaliny niż bym sobie życzył. Jednak jak się miało okazać później, ta droga wcale nie była taka „straszna” i tak naprawdę jest jedną z łagodniejszych i bardziej komfortowych. Jednak jak na pierwszy raz, było się czego bać. Strach żeby autobus nie zleciał w przepaść  na pierwszym zakręcie skutecznie powodował, że nie wiele pamiętam z całej drogi. Jednak jest to dobra próba dla tych, którzy mają zamiar wynająć samochód a jeszcze nigdy nie jeździli po górskich drogach.

Dojechaliśmy na miejsce i oczywiście zobaczyliśmy całe mnóstwo porozstawianych straganów. Całe uliczki aż do portu i dalej szczelnie pokrywały stragany. Obeszliśmy wszystkie i niestety okazało, że można kupić tam właściwie wszystko, tylko nie to po co przyjechaliśmy. Na bazarze, jak to zwykle bywa króluje towar rodem z dalekich Chin. Nic szczególnego. Pierwsze rozczarowanie. Jeżeli więc chcielibyście kupić jakieś wyroby pochodzące z Afryki na pewno nie znajdziecie tego w tym miejscu. Jeżeli jednak lubicie atmosferę targu gdzie jest „mydło i powidło”, to zdecydowanie musicie odwiedzić to miejsce.

Zdjęcie poniżej wykonane z autobusu, którego trasa pięła się coraz wyżej i wyżej. W oddali Puerto de Mogan, a na pierwszym planie miejscowość Taurito, a droga wije się coraz wyżej!

Mimo nieudanego „polowania” na afrykańskie cudeńka postanawiamy realizować drugi punkt programu i obejrzeć to miasteczko. Jakże inne od Masalomas czy Playa del Ingles. Wjeżdżając już do miasta urzeka jego położenie. Wciśnięte pomiędzy potężne i srogie klify, jawi się jako mała perełka. Oszczędzono to miejsce przed zabudową wysokimi hotelami. Połączono tutaj wioskę rybacką, gdzie połowy ryb ciągle są głównym zajęciem miejscowych, razem z przystanią jachtową i kurortem turystycznym.

Zatem nie jest to tylko stworzone miasto dla turystów. Miejscowym mieszkańcom nie przeszkadzają tłumy turystów w ich codziennym życiu, choć zapewne dla wielu turystyka stanowi główne źródło dochodów. Miejscowe dzieciaki kąpią się w kanałach, rybacy rano wracają z połowów ryb aby sprzedać owoce swojej pracy, które pewnie trafią na stoły okolicznych restauracji. Życie toczy się swoim zwykłym rytmem. Okazuje się, że można jeszcze trafić na miejscowości, które nie zatraciły swojej tożsamości i jednocześnie z turystyki czerpią całymi garściami. Miło tutaj pospacerować i poobserwować co dzieje się w miasteczku.

I znowu widok z autobusu na trasie z Puerto de Mogan. Jesteśmy coraz wyżej. W dole jeden z hoteli w Taurito, kolejnej miejscowości turystycznej. Po prawej stronie drogi prawie „wpadamy” do basenu a po lewej lita skała. Jednak to nie koniec, droga pnie się jeszcze wyżej i do tego jeszcze te zakręty! 🙂

Rozwój miejscowości rozpoczął się dopiero mniej więcej w latach 80 XX wieku. Z założenia miał to być raczej ekskluzywny kurort dla właścicieli cumujących tutaj jachtów. Dzięki temu uniknięto zalewu masowej turystyki. Dzisiaj większość turystów w tym miejscu to tzw. turyści jednodniowi. Choć oczywiście jest tutaj również sporo miejsc noclegowych, buduje się hotele, które na szczęście są jakby budowanie „na drugim planie” i wkomponowane w pobliskie zbocza gór.

Choć określenie „mała Wenecja” jest nieco na wyrost, to miasteczko jest ładne a można nawet powiedzieć – urocze. Z Wenecją łączą je oczywiście kanały, które przecinają ulice i płyną pod czy obok domów. Małe mostki, które spinają brzegi tych kanałów dopełniają całości. W porcie wybudowano małe dwupiętrowe domki. Białe budynki ozdobiono kolorowymi wykończeniami. Na dachach i łączących je pergolach zasadzono mnóstwo kolorowo kwitnących kwiatów. Budynki na wysokości dachów „spięte” są małymi mostkami z których kaskadami opadają bajecznie kolorowe bugenwille a za kolorowymi płotami pięknie kwitną hibiskusy. To właśnie kwiaty i ich kolory, czerwień, żółć, fiolet, pomarańcze, zielenie sprawiają, że miejscowość jest odbierana nieco bajkowo i sielsko. Nadaje to ulicy nieco ciszy, jakiegoś zagubienia i dzięki temu tłum ludzi gdzieś znika, staje się mniej widoczny. Na pewno jest to jedno z najbardziej urokliwych miejsc na wyspie.

Oczywiście w miasteczku znajdziemy również wiele atrakcji. Jedną z najbardziej znanych jest rejs żółtą łodzią podwodną. Tą wycieczkę można kupić w każdym hotelu na całym wybrzeżu i w każdym hotelu. Żółty, firmowy autobus dowiezie każdego z Maspalomas czy Playa del Ingles (w cenie rejsu). Popularne są również wyprawy na oglądanie delfinów czy ponoć wielorybów. Nie korzystałem jednak z tych przyjemności więc nie wiem jakie są ceny.

Niedaleko od portu rozciąga się bardzo ładna plaże. Nie jest może ona zbyt duża, ale nie ma tutaj też tłumów odpoczywających turystów. Plaża znajduje się w zatoce dzięki czemu ma dosyć kameralny charakter a wody oceany są tutaj wyjątkowo spokojne i zapewne cieplejsze. Dodatkową ochronę przed falami zapewnia kamienne molo. Na plaży oczywiście do dyspozycji leżaki, parasole. Można spędzić tutaj przyjemnie dzień, tym bardziej że wokoło jest również mnóstwo kawiarni i restauracji serwujących miejscowe przysmaki.

Było miło na chwile zmienić otoczenie, tym bardziej, że miejscowość ma zupełnie inną atmosfer niż te najbardziej znane kurorty. Panuje tutaj spokój, więcej ciszy i możliwości odpoczynku. Jednak dla nas spędzenie tutaj dwóch tygodni byłoby nie najlepszym wyborem. Wolimy gdy dzieje się więcej. Jednak gdy szukacie spokojnego miejsca z charakterem Puerto de Mogan jest zdecydowanie miejscem wartym polecenia.

Skomentuj