Nie zawsze to co zaplanujemy nam wychodzi. Żadne to odkrycie. Pewnie każdy miał „przyjemność” zasmakowania takiego rozczarowania. Jednak czasami dzięki temu trafiamy w inne miejsca, podziwiamy niezapowiedziane widoki i staramy się szybko zapomnieć o porażce. Ot tak, przypadkiem trafia się przygoda. Kolejnym punktem naszej wycieczki miała być jedna z ładniejszych miejscowości na wyspie – Santa Lucia. Ta położona już w górach miejscowość słynie z malowniczych domków i pięknych widoków. Droga do niej to oczywiście serpentyna pnąca się po zboczach skalnych z setkami zakrętów. Już kilkakrotnie wspominałem, że jazda samochodem po takich górskich drogach może jest i fascynująca ale jednak dostarcza wiele stresu.

Jednak okazało się że droga, którą właśnie jedziemy  jest zamknięta dla ruchu! Co prawda mijaliśmy jakieś znaki, ale napisy tylko po hiszpańsku no i innej drogi do Santa Luci na mapie nie ma! Droga wspina się coraz wyżej, robi się jakaś wyjątkowo wąska. Już się orientujemy, że chyba coś tutaj robią, bo na poboczu w cieniu śpi jakiś robotnik, ale co tam jedziemy dalej. Za nami jeszcze jakiś samochód, więc pewnie tylko tą drogę naprawiają, bo gdzie niegdzie widać, że sporo kamieni spadło ze zbocza wprost na drogę.

Nagle naszym oczom ukazuje się sterta głazów, która zatarasowała drogę i przerwała barierkę. Nie, teraz już wiemy, że ta droga to samobójstwo! Rezygnujemy. Nie jest łatwo zawrócić, ale wyboru nie mamy. Jazda dalej tą drogą na pewno nie jest bezpieczna. Jakoś udaje nam się wycofać i wrócić pod znaki. Tym razem przyglądamy się im uważniej i próbujemy odczytać napisy. Wychodzi na to, że obowiązuje zakaz wjazdu na tą drogę! Tak to jest, gdy podziwia się widoki zamiast bacznie obserwować co przed nami.

Pod nami, niżej leży jakieś miasteczko. Postanawiamy tam skręcić i poszukać jakiejś innej drogi do Santa Lucii. Przecież musi istnieć jakaś inna. Jedziemy kolejną wąską niemal ścieżką rowerową (jak dla mnie). Droga znowu zaczyna się wspinać wyżej i wyżej. Zakręt i potem kolejny i jeszcze jeden i tak dalej. Dojeżdżamy pod mały kościółek i tutaj droga okazuje się kończyć! No tak, kolejna droga prowadząca donikąd. Wracamy.

Usiłujemy pytać  napotkanych ludzi, którędy dojechać do Santa Lucia. Oczywiście jak zawsze tłumaczą, pokazują palcami. Jednak dla nas nie są to cenne wskazówki. Z hiszpańskiego nie rozumiemy nic, oni z angielskiego również. Albo pokazują na drogę, którą jechaliśmy wcześniej, albo na drogi istniejące w ich głowach ale nie na naszych mapach. Ktoś kto jechał za nami również zrezygnował i już dawno gdzieś odjechał. Pozostają nam piękne widoki mijanych okolic.

Cóż pozostaje nam zmienić plan i Świętą Łucję zostawić na następny raz. Szkoda, bo ponoć warto tam zajrzeć. Skoro mamy za sobą jazdę po zawalonej kamieniami górskiej drodze, skoro już wiemy jak „smakuje” jazda na wysokościach zapada decyzja. Jedziemy tam gdzie wyżej już nie można!  Za cel obieramy najwyższy szczyt Gran Canarii – Pico de Las Nieves.

2 komentarzy do “Gdzie jest Święta Łucja?”

  1. No nieźle, ja nawet nie zauważyłam, że to był kościół na końcu tej drogi do nikąd! Widać tak mnie ta „ścieżka rowerowa” zajęła 🙂

  2. No i to było chyb nasze szczęście 🙂 Prowadzenie auta na tej drodze, eh sama zresztą wiesz – w końcu prowadziłaś i to jak! 🙂

Skomentuj