Jest takie powiedzenie: „Co się odwlecze to nie uciecze”. Coś w tym jest, bo skoro majowy wyjazd na Gran Canarię okazał się wyjazdem na Majorkę, postanowiliśmy reaktywować ten plan i tym razem polecieć już na właściwe wyspy 🙂 Tym razem o pomyłce nie mogło już być mowy. Po ponad pięciogodzinnym locie wylądowaliśmy na Aeropuerto de Gando, 22 kilometry na południe od Las Palmas, na wschodnim wybrzeżu wyspy.

Ta okolica może lekko wystraszyć i zdziwić turystów. Dookoła lotniska nie ma niczego! Dosłownie, żadnych drzew, zabudowań  nie rośnie nawet trawa. Tylko piach i skały. Widok niezbyt zachęcający. No może nie licząc dosyć dużej floty myśliwców F16, które wyraźnie również mają tutaj swoją bazę. Nieco urozmaicają widoki zagadkowe „namioty”. Z powietrza wygląda to niemal jak slumsy. Jeżeli ktoś kiedyś widział dzielnice biedy, to niewątpliwie będzie miał takie samo skojarzenie. Jednak okazuje się, że są to plantacje najczęściej bananowców, które okryte są czymś w rodzaju brezentu, który ma chronić drzewa przed palącym słońcem. No, cóż szklarnie wyglądają tutaj inaczej.

Rozglądam się dookoła wypatrując kanarków. Przecież to Wyspy Kanaryjskie! Jednak okazuje się, że wiele osób mylnie sądzi, że wyspy swą nazwę zawdzięczają właśnie kanarkom. Tymczasem, jeżeli wyspy zawdzięczają nazwę w ogóle jakiemuś zwierzęciu, to raczej psom. Ponoć poddani króla Mauretanii Juby II, który odwiedził archipelag w I w. p.n.e., na obecnej Gran Canarii znaleźli psy (łac. canis). Na pamiątkę tego wydarzenia w herbie Wysp Kanaryjskich umieszczono dwa psy tej właśnie rasy.

Według innej teorii Canarios to nazwa plemienia Berberów, którzy zamieszkiwali Gran Canarię. A kanarki? Żyją na wyspie dość licznie. Jednak nie są żółte i nie śpiewają tak pięknie jaki ich udomowieni krewniacy. Miejscowy kanarek ma brudnobrązowe upierzenie i jest cichutki. Nawet trudno go wypatrzyć gdyż jest tak samo mało ciekawy jak nasze wróbelki. Okazuje się, że to właśnie raczej kanarek zawdzięcza swoją nazwę wyspom, a nie odwrotnie.

Tak więc pierwsze rozczarowania mamy za sobą. Teraz już może być tylko lepiej i wierzymy, że na pewno będzie bo wyspa jest niczym kontynent w miniaturze. Tak określił ten skrawek lądu słynny kanaryjski pisarz Fray Lesco i miał rację.  Mająca zaledwie 50 kilometrów średnicy Gran Canaria zachwyca niemal za każdym zakrętem swych krętych dróg. Na wyspie można znaleźć wysokie góry, głębokie kaniony, lasy sosnowo – laurowe, skaliste urwiska, wydmy niczym na Saharze, wygasłe wulkany,  nagie zbocza, poszarpane skaliste wybrzeża i kamieniste plaże,  tropikalne doliny, w których uprawia się drzewa owocowe i gdzie rosną tysiące palm a także ogromne kaktusy. Południe wyspy to piękne piaszczyste plaże z żółtym lub czarnym piaskiem.

Mimo swojej nazwy Gran Canaria nie jest największą wyspą archipelagu, lecz zaledwie trzecią co do wielkości. Jednak mieszka tutaj najwięcej ludzi spośród pozostałych wysp. Niemal idealnie okrągła wyspa przypomina stożek wulkaniczny z centralnym wierzchołkiem i rozchodzącymi się promieniście ku morzu wąwozami zwanymi barrancos. Północno – wschodnie pasaty spychają chmury znad wybrzeża, które następnie skraplają się nad górami w centrum, dzieląc w ten sposób wyspę na wilgotną część północną i spalone słońcem południe. Jadąc samochodem doświadczamy tak dużych zmian temperatury, że aż nie chcę się wierzyć. Gdy na południu temperatura przekracza 30 stopni Celsjusza, po kilkudziesięciu minutach jazdy samochodem na północ potrafi być zaledwie 18 stopni. Słońce chowa się za chmurami i może nawet kropić deszcz. Przedziwne to uczucie gdy klimat jest tak różnorodny.

Za tak odmiennymi warunkami podąża również roślinność. Właśnie dzięki mnogości różnych mikroklimatów na wyspie występuje niemal 2 tysiące gatunków roślin, z czego około 700 to endemity. Najsławniejsze są zapewne strelicje królewskie – piękne pomarańczowe kwiaty, kształtem przypominające głowę rajskiego ptaka. Widać je właściwie wszędzie. Równie słynna jest sosna kanaryjska. Te potężne drzewa rosną w górach centralnych i osiągają nawet 60 metrów wysokości. Pokryta żywicą kora jest odporna na pożary, dzięki czemu żyją setki lat. Ich drewno, zwane tea, wykorzystuje się ciągle w budownictwie.  Stoki górskie porastają wilczomlecze kanaryjskie. Kaktusowy krzew ma łodygi dochodzące do 2 metrów, czerwone owoce i biały sok mleczny wykorzystywany jest w tradycyjnej medycynie.

Jednak chyba największe wrażenie robią smocze drzewa, zwane też smokowcami. Jest to jeden z nielicznych reliktów epoki lodowcowej. Na uwagę zasługuje jego gruby pień i kolczasta zielona korona. Jego żywica ma kolor czerwony – stąd właśnie nazwa tego drzewa. Pierwotni mieszkańcy Gran Canarii przypisywali żywicy magiczną moc i stosowali jako lekarstwo.

Dumą wyspy jest także aloes. Jest bardzo pospolity na wyspie i stanowi całkiem ważną gałąź gospodarki tej wyspy. Z aloesu wytwarza się wiele kosmetyków jak i lekarstw. Niektóre sklepy wyglądają jak „świątynie” na cześć aloesu, a wybór kosmetyków jest przeogromny. Na wyspie rośnie również wiele przepięknych kaktusów, zwłaszcza na południu. Większość z nich została sprowadzona na wyspę z innych krajów, wiele np. z Madagaskaru.

Tak więc, niech przypadkiem nie zwiedzie Was to co zobaczycie zaraz po wylądowaniu na lotnisku. Przeogromna różnorodność wyspy, jej niewielki rozmiar i cena paliwa na poziomie 2,8 zł. za litr bezoołowiowej benzyny, zaprasza na przygodę, której nie będziecie żałowali. Nie wspominając już o drogach, które wiją się jak serpentyny wśród gór . Trzeba mieć stalowe nerwy, sporo odwagi i umiejętności w prowadzeniu auta! Za to można bez problemy pojeździć sobie z włączonym klaksonem, który pewnie i tak zagłuszą wszystkie okrzyki zachwytu bądź strachu, gdy miniecie kolejny zakręt!

Skomentuj