Przyszedł czas pożegnać Afrykę. Po raz pierwszy nie chciałem wracać do domu. Czułem ogromny niedosyt. Mimo przejechania ponad 2500 tysiąca kilometrów wiem, że zobaczyłem zaledwie skrawek, ułamek pięknego kraju. Spotkani ludzie rozbudzili tylko moją ciekawość. Nie było szansy prawdziwego poznania tego kraju. Pierwsza wizyta była jak zachłyśnięcie się zimnym szampanem. Wszytko takie fascynujące i inne niż w Europie. Dni były za krótkie, wszystkiego było mi mało. Moje dziecięce marzenia o Afryce spełniły się z nawiązką. Jak tu nie wierzyć, że marzenia się spełniają?

Afryka zachwyciła mnie tysiącem rzeczy ale najbardziej zaskoczyły mnie kolory. Nie spodziewałem się, że na spieczonej słońcem ziemi „życie ubrane” jest w tak różne kolory. Feria barw zachwyca i powala na kolana. Afryka jest dla mnie czarna, czerwona, zielona, żółta, niebieska, pomarańczowa, turkusowa,  różowa. Afryka ma na wyciągnięcie ręki całą paletę barw, jest jak tęcza. Choć codzienność  zwykłego człowieka jest w tym kraju trudna nie ma tutaj przytłaczającej szarości na ludzkich twarzach. Spotkałem ludzi o groźnych spojrzeniach, kobiety o „wyniosłych” kształtach, dumnych wojowników i wspaniałe, uśmiechnięte dzieciaki i wszyscy Ci ludzie byli jak kolorowe, egzotyczne ptaki.

Kenia jest czarna, bo po zmroku jest wszędzie ciemno. Nawet w największych miastach jak Mombasa czy Nairobi większość ulic jest nieoświetlona. Ciemność panuje właściwie wszędzie, a razem ze zmrokiem na ulice wypełzają jakieś dziwne cienie, szmery  inne obce zapachy i wszytko dookoła przeraża. Ludzie stają się niewidoczni, jedynie stłumione odgłosy świadczą o ich obecności. Widać tylko oczy świdrujące Cię niemal na wylot. Dreszcz emocji  – strach i ciekawość – powoduje przyspieszone bicie serca. To nie jest pora dla mnie, ale ciemność wciąga. Żałuję, że mam biały kolor skóry. Trudno stać się „niewidzialnym”. Pozostaje jedynie patrzeć przez hotelowe okno jak wokół pojedynczych żarówek umieszczonych przed wejściem spotykają się ogromne ćmy. Czas na sen, bo na pewno przyśni się Afryka, bo ona mnie nie opuszcza.

Kenia jest czerwona, bo taki jest kolor ziemi – zwłaszcza w Tsavo. Cudowny rdzawy pył osiada na włosach, twarzy, ubraniach, wciska się do nosa, ust – jest wszędzie.  Człowiek jakby szlachetnieje obsypany czerwonym kurzem jakby znalazł się na innej planecie. Może tak wygląda Mars? Tylko czy na Marsie też  jest tak pięknie? Czerwona, bo tylko tutaj można zobaczyć czerwone słonie! Te wielkie zwierzęta tutaj mają barwę czerwonej ziemi (obsypują się nią). Wielki, rdzawy słoń z dumą prezentuje swoje ciosy a moja migawka w aparacie chyba też już zrobiła się czerwona, tyle pstryka. Ale to jeszcze mało. Czerwone stroje wojowników Samburu i Masajów zapierają dech w piersiach. Odkładam aparat i chłonę ten widok całym sobą. Są to ludy pasterskie, które zachowały najwięcej ze swojej dawnej kultury, bo zarówno obyczaje jaki i stroje a także własne struktury społeczne. Masajowie to chyba najsławniejszy z ludów Kenii a może całej Afryki. Choć wielu z nich przeniosło się do miast, to jednak wielu żyje tradycyjnie. Stroje masajskie są jak z bajki. Młodzi mężczyźni – morani – którzy przeszli inicjację, noszą splecione włosy w warkoczyki i barwią je ochrą na kolor ceglastoczerwony i wplatają w nie koraliki. Biodra owijają czerwonym materiałem (często w kratkę), a przez plecy przerzucają czerwone chusty. Oczywiście stroju dopełniają naszyjniki, koraliki, bransoletki, kolczyki z wielobarwnych koralików. Kobiety noszą kanga (suknie), a do tego na ramionach chusty w kolorze czerwonym, niebieskim lub fioletowym (często w barwne wzory). Mężatki golą głowy przy czym kolczyki, naszyjniki z koralików wyglądają jeszcze piękniej. Blisko spokrewnieni z Masajami  – Samburu stroją się jeszcze bardziej wymyślnie. Mężczyźni zdobią głowy piórami strusi a nawet sztucznymi kwiatami. Kobiety Samburu na co dzień noszą wielkie, bajecznie kolorowe, wielowarstwowe naszyjniki misternie zrobione z maleńkich koralików. Kilka warstw takich naszyjników wygląda pięknie kontrastując z ich urodą i kolorem skóry.

Kenia jest zielona, bo mimo, że to prawie równik i pora sucha zieleni nie brakuje. Zarówno tej bujnej, soczystej i mięsistej  jak i tej “kurczącej” się bo wody zaczyna brakować. Zielone pióropusze palm kokosowych, szabliste liście bananowców, wielkie parasole akacji i magiczne baobaby, które wyglądają jakby rosły „do góry nogami”. Legenda mówi, że gdy Pan Bóg stworzył baobaby, te zaczęły rozbiegać się w różnych kierunkach. Zdenerwowany Stwórca wszystkie wyłapał i za kare posadził odwrotnie. Dlatego te bardzo grube i długowieczne drzewa mają dosyć słabo rozwinięte korony a bardzo dobrze rozwinięty system korzeniowy.  Dla Afrykańczyków baobaby to drzewa życia. Magazynują w sobie dużo wody i ich owoce są jadalne. Od wieków pozwalają przeżyć ludziom najtrudniejszy czas suszy.

Nigdy nie sądziłem, że tyle tu odcieni zieleni. Rośliny jakby z dziewiczego świata, prawdziwy Park Jurajski. Ogromne wilczomlecze niczym świeczniki czekają na zapadnięcie zmroku i także przypominają, że woda tutaj to skarb. W powietrzu czuć zarówno zapach pierwotnego życia, jak i gnijących śmierci. Czuć zapach Afryki. Czuć wilgoć (zwłaszcza na wybrzeżu) i pot leje się strumieniami z każdego. Dla nas europejczyków to istne piekło. Ale gdyby tak pięknie było w piekle to ja chcę tam spędzić cały ten czas, który zostaje nam dany po opuszczeniu Ziemi. Gdzie można zobaczyć jak cudowna głowa żyrafy wystaje ponad korony akcji i spokojnie spogląda wielkimi oczami jak otwieramy buzie z zachwytu? Tak, zdecydowanie tylu odcieni zieleni nie widziałem nigdzie.

Kenia jest niebieska, bo niebo nad nami podczas całego naszego pobytu jest jak z najlepszych obrazów van Gogha. Czasami białe chmury malują na niebieskim niebie fantazyjne kształty i z niebieskiego robi się błękitno – mleczne. Niebieski jest najładniejszy w Amboseli. Biały szczyt Kilimandżaro na tle błękitnego nieba sprawił, że uleciałem w czasoprzestrzeń z książek. Przez chwile nie było mnie tutaj na Ziemi. Nie wiem czy to magia tej góry czy kolor nieba, a może moja wyobraźnie i chwila spełnienia jednego z marzeń.  Stanąć u stup Kilimandżaro. Choćby dla tego widoku warto pojechać. Dziękuję Ci Kingo!

Turkusowa, bo Ocean Indyjski tak ciepły i piękny, że aż zawraca w głowie i daje złudzenie nieskończoności i raju na ziemi. Woda wciąga, jej kolor jest jakby nierealny – turkusowy, błękitny, lazurowy, szmaragdowy. Mieszają się te kolory a mi miesza się w głowie, że to nie może być prawdziwe. Na dodatek białe żagle łodzi dhow sprawiają, że przenosimy się w epokę Sindbada Żeglarza. Tak, to jest najpiękniejszy turkus jaki widziałem (może tylko mama ma ładniejsze oczko w pierścionku po babci).

Na wybrzeżu największą grupą społeczną są ludzie Suahili. Pozostają oni od wieków pod silnym wpływem arabskim. Widać to przede wszystkim w strojach. Pięknie ubrane kobiety jakby chciały prześcignąć się między sobą, która ma barwniejszy strój. Mimo szczelnie zakrytego ciała ilość wzorów (często z nadrukami sentencji w języku Suahili)  i kolorów materiałów z których uszyte są ich dwuczęściowe suknie  kanga  – poraża i zachwyca. Poza domem kobiety zakładają szal buibui okrywający głowę i ramiona. Zazwyczaj jest on czarny ale wiele młodszych kobiet nie boi się kolorów.   Podstawowym strojem mężczyzn jest kikol czyli wzorzysty materiał, czasami pięknie haftowany, którym owijają wokół bioder i sięga do połowy łydki. Na ulicy mieszanka tych wszystkich wzorów i kolorów daje efekt piorunujący. Tak, zdecydowanie tak kolorowo ubranych ludzi na ulicy nie widziałem nigdzie.

Kenia jest żółta, bo słońce nadaje wszystkiemu ciepły odcień dojrzałego jabłka, bo piasek na plażach podczas zachodu słońca z białego zmienia się w lśniące złoto i wreszcie żółte koraliki, którymi swoje stroje ozdabiają  masajskie kobiety – kłują w oczy i w serce. Żółte wikłacze uwijają się przy swoich gniazdach zawieszonych niczym bombki na gałęziach drzew.  No i lot żółtym balonem nad Masai Marą. Ponad płowo – żółtymi lwami z wielkimi grzywami wylegującymi się w cieniu rozłożystych akacji. Wschód słońca z balonu wygląda jeszcze bardziej majestatycznie. Nasz pilot Jack twierdzi, że nigdy na zdjęciach nie będziemy wyglądali lepiej niż właśnie w promieniach wschodzącego słońca i uwierzcie mi miał rację. Jesteśmy młodsi, ładniejsi  i  oblani złotym blaskiem. Tak, to zdecydowanie najlepsze moje zdjęcie.

Kenia jest różowa, bo setki flamingów nad jeziorem Nakuru sprawiają, że cała reszta znika przykryta właśnie różowym dywanem. Rozedrgane powietrze, parująca woda i te cudowne ptaki powodują, że zapominamy o stadzie zebr, które przed chwilą przebiegło metr od nas. Co roku przylatują tu setki tych ptaków na żer. Kiedyś ponoć było ich tu nawet 2 miliony. Ptaki czymś spłoszone unoszą się do lotu i niebo nad nami też jest różowe. Zostawiają nam na pamiątkę kilka piór i buty umazane błotem zmieszanym z ich odchodami. No cóż każdy chciał podejść bliżej!  Różowe są także fasady wielu budynków stojących przy drogach. Mocny, wściekły róż to barwy jednego z operatorów telefonii komórkowej więc nie da się uciec od tego koloru. Spalona słońcem sawanna i wściekły róż to zestawienie, które zawsze na zdjęciach wychodzi dobrze. Tak, różowy jest najbardziej intensywny w Kenii.

Symbolika kolorów to element kulturowy obecny w całej Afryce. Czarny – nie jest złym kolorem jak w Europie – to kolor cienia, chłodu i spokoju –  czyli odpoczynku, na dodatek odpędza złe moce i choroby. Biały to kolor przodków, ich duchów ale także składania ofiar. Podobnie jak u nas uznawany jest także za kolor pokoju i pomyślnych zdarzeń, ale jest też rytualnym kolorem naturalnej śmierci i żałoby (podobnie jak w Azji). Czerwony to kolor walki, krwi, wojny ale także zwycięstwa i tryumfu. Ulubiony kolor afrykańskich wojowników.  Niebieski kojarzony z deszczem i wodą  to symbol dostatku, dobrych zbiorów, hojności i płodności. Jest to bardzo ważny kolor zwłaszcza dla ludów żyjących na sawannach gdzie brak wody szczególnie jest dokuczliwy. Zielony ma różne znaczenia. Dla jednych jest to najpiękniejszy kolor, chętnie noszony symbolizuje naturę. Dla innych jest prawie święty i zarezerwowany dla szamanów i uzdrowicieli.

Widoków jak z pocztówki w Kenii nie trzeba szukać. Jeden z najbardziej spektakularnych to panorama Wielkiego Rowu Afrykańskiego, a dokładnie Wielkiego Rowu Wschodniego. Jest to system rowów tektonicznych, które mają długość 6 tys. kilometrów – ciągną się od Jordanii aż do Mozambiku. Jest to ogromna dolina na terenie, której żyją dzikie zwierzęta a Masajowie wypasają swoje stada bydła. To właśnie tędy 3 tys. lat temu przywędrowali ludzie z terenów Sudanu i Etiopii aby osiedlić się w innych częściach Afryki. To właśnie w tym rejonie archeolodzy i antropolodzy z całego świata szukają skamieniałości naszych przodków. Stoję na krawędzi Wielkiego rowu i oczom nie wierzę. Widok jest oszałamiający. Bezkresna przestrzeń zaprasza, wciąga ma się wrażenie, że z chwile przebiegnie stadko dinozaurów tuż pod stopami.

Ale są także widoki, które poruszają serca w inny sposób. Jeden z widoków, który zapamiętam pewnie na zawsze to przeprawa promowa w Mombasie. Ponieważ miasto to leży na niewielkiej wyspie koralowej jedyną drogą przedostania się do niego ze stałego lądu jest prom w Likoni (jedna z najbiedniejszych dzielnic Mombasy). Dwa promy wożą setki pojazdów i tysiące ludzi z jednego brzegu na drugi. Na prom można czekać nawet kilka godzin! Płyniemy tym czerwonym. To ten sam, którym płynęła Carola, bohaterka „Białej Masajki” , na którym spotka Lemaliana  „swojego” Masaja! Oj, wyobraźnia pracuje, tym bardziej, że nasza koleżanka ma na imię Karolina! Pierwszeństwo wjazdu na prom mają samochody potem rusza tłum ludzi. Właśnie ten widok setek ludzi próbujących jednocześnie dostać się na pokład zapada w pamięci na zawsze. Ludzie z koszami na głowach, wózkami z bananami, dziećmi na plecach, zakupami w rękach. Setki różnych twarzy, setki kolorów i ta ogromna chęć wmieszania się w tłum i poczucia na własnej skórze jak to jest.  Strach i fascynacja to mieszanka do przeżycia tylko na promie Likoni – Mombasa

Myślałem, że Afryka będzie smutna. Okazało się, że mimo biedy, braku prądu w domach, braku wody nie widziałem smutku (może czasami złość na los). Po zrobieniu 2 tysięcy kilometrów po Kenii wiem, że szczęście, to najprostsze nie musi być związane ze statusem materialnym. Ludzie tam radzą sobie z wielką pokorą i radością dnia codziennego z życiem, które dla nas jest niewyobrażalne. Może to ze względu na inne spostrzeganie czasu – pole pole (powoli, powoli) to słowa wytrychy. Ale ktoś kiedyś powiedział, że „Pan Bóg dał Afryce czas, a reszcie świata zegarki”. Tak, zdecydowanie czas w Kenii sprzyja ludziom. Oczywiście różnica w standardzie życia pomiędzy Afryką a Europą czy Azją jest ogromna, ale każdy człowiek, w każdej sytuacji potrafi znaleźć coś dobrego jeżeli tylko ma w sobie trochę pokory i wiary. Hukana matata (nie ma problemu) to chyba najczęściej używane słowa, które słyszy biały człowiek z ust Kenijczyków.

Nie spodziewałem się takiej różnorodności kultur i takiego tygla etnicznego. Kultur fascynujących i tak odmiennych od tych, które poznałem wcześniej w innych częściach świata. Kenia jest chyba najbarwniejszym kulturowo krajem w całej Afryce. Kraj ten zamieszkuje ponad 40 ludów mówiących różnymi językami i kultywujących różne tradycje. Oczywiście większość ludzi ubiera się po europejski, jednak przywiązanie do tradycji jest tak duże, że z okazji świąt czy ważnych wydarzeń rodzinnych ubiera się barwne, tradycyjne stroje lub chociaż biżuterię.

Choć z drugiej strony widok Masaja czy Kikuju z telefonem komórkowym nie powinien dzisiaj już nikogo dziwić. Nowe technologie są mocno obecne w życiu Kenijczyków. Dzisiaj już chyba nigdzie nie można żyć bez anten satelitarnych, masztów telefonii komórkowej  i spalin samochodowych. Jednak zgodnie z pole pole upłynie jeszcze dużo czasu, aż to co dla nas jest normalną zdobyczą cywilizacji trafi pod strzechy Kenijskich domów lub szkół.

Tłok, chaos, przestrzeń, kolory w każdym odcieniu tęczy, zapachy, ludzie, kultura  i dzikie zwierzęta  do tego krajobrazy zapierające dech w piersiach i palące słońce, niebiesko –  zielony Ocean Indyjski, plaże z białym piaskiem jak mąka, to wszystko składa się na magiczny obraz serca Afryki – Kenii. Kraju gdzie pewnością nawet  van Gogh’owi zabrakło by kolorów na palecie z farbami.

Dzisiaj wiem, że Afryka to kontynent fascynujący. Rozumiem fascynację Kingi Choszcz tym kontynentem. Zostawiła tam nie tylko serce, ale także część jej prochów zostało tam rozsypanych. Kinga towarzyszyła mi w tej podróży cały czas. Choć nie dotarła do Kenii miałem wrażenie, że robię to dla niej. Mam nadzieję, że jej się podobało. To region świata gdzie życie jest trudne ale gdzie uczy się pokory i przeżywa fantastyczne przygody, prawie jak z mojej ulubionej książki z dzieciństwa „W pustyni i w puszczy”. Ziarenko piasku wpadło do mojego serca i na pewno będę do Afryki wracał. Kraina mojego dzieciństwa stała się krainą mojego dorosłego życia, którą będę odkrywał na nowo, tym razem już realnie…

3 komentarze do “Ziarenko afrykańskiego piasku w moim sercu”

  1. Grażyna :

    Bardzo mi się podoba opowiadanie
    mogłabym tak czytać bez końca
    czytając Ziarenko afrykańskiego piasku
    pobudziło moją wyobraznie :)…..Jestem pod wrażeniem

    pozdrawiam 🙂

  2. Dziękuję i cieszę się. Zapraszam do czytania i komentowania innych wpisów. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Podróż czas zaplanować,
    podróż czas rozpocząć…
    Świetne 🙂 Pozdrawiam.

Skomentuj