Po kilku dniach leżenia na plaży i „taplania” się w luksusach postanowiliśmy chociaż na chwilę wrócić do prawdziwej Kenii. Decyzja zapadła jedziemy a właściwie płyniemy na wyspę Wasini. Trochę negocjacji na plaży, dużo śmiechu i zabawy, wreszcie cena ustalona i jutro jedziemy. Ciekawi bardzo organizacji miejscowego biura z niecierpliwością czekamy na wyjazd. Czasami przelatuje myśl, czy aby przypadkiem na pewno się jutro ktoś zjawi po nas. Umówieni jesteśmy na 8 rano przed wejściem do hotelu.

Następnego dnia, szybkie śniadanie i wychodzimy przed hotel. Tutaj miła niespodzianka, bo choć jeszcze nie ma 8 rano to już czeka na nas kierowca i samochód. Zdziwiło nas to szczerze, gdyż byliśmy przygotowani na to, że pewnie kierowca się spóźni, bo to przecież niemal zwyczaj w Afryce. Tutaj czas nie jest ważny. A jednak, dla turystów pilnuje się nawet godziny. Wsiadamy do lekko rozklekotanego samochodu i jedziemy. Po drodze oczywiście, znowu jak to w Afryce zabieramy jakiegoś znajomego kierowcy, którego trzeba koniecznie gdzieś podwieźć. Nie mamy nic przeciwko, nawet to swego rodzaju atrakcja dla nas, że nie jesteśmy traktowani jak święte krowy.

Dojechaliśmy do Ukundy i tutaj szef biura czekał na nas. Zapłaciliśmy za wycieczkę (na plaży daliśmy tylko zaliczkę). Szef podzielił pieniądze od razu dla chłopaka z plaży, dla kierowcy i resztę (większą część) schował do swojej kieszeni. Życzył przyjemnej zabawy i ruszyliśmy dalej. Jednak najpierw na stację benzynową. No bo auto trzeba zatankować, a pieniądze przecież są dopiero teraz. My mamy chwilę na rozprostowanie nóg i rozejrzeniu się po okolicy a kierowca tankuje samochód, rozmawia ze znajomymi no i jeszcze daje pieniądze komuś z rodziny (akurat się pojawił na stacji). Tak więc skoro wszystko załatwione możemy wreszcie wyruszyć w naszą krótką podróż. Cel miasteczko Shimoni, to właśnie stąd wpływają łodzie dhow na Wasini.

Asfaltowa droga prowadzi na południe, wprost do granicy z Tanzanią. Mijamy małe osady składające się z kilku domków, ogromne plantacje drzew cytrusowych i przepiękne plantacje wysokich palm kokosowych. Pióropusze palm kołyszą się na wietrze niczym postrzępione parasole. Widok cudowny. Mimo, że samochód nie posiada klimatyzacji a jest już dosyć gorąco wcale nam to nie przeszkadza, bo mając obok takie piękne widoki nikt nie zwraca uwagi na to, że jest cały spocony. Kierowca opowiada żarty, pyta jak to zwykle bywa o życie w tej cudownej Europie i czasami zamiast patrzeć na drogę odwraca głowę w naszą stronę, bo przecież trzeba patrzeć na człowieka gdy się z nim rozmawia. Mimo, że droga nie jest bardzo ruchliwa jednak zdecydowanie bardziej wolelibyśmy, żeby nie odwracał się do nas i patrzył przed siebie. No cóż lokalny transport dostarcza dodatkowych wrażeń. Jednak miło i bezpiecznie dojeżdżamy prawie do celu.

Prawie bo zatrzymujemy się przy jakimś skrzyżowaniu, gdzie stoi kilka chałupek i gromadka miejscowych opiera się leniwie o ściany. Pytającym wzrokiem patrzymy na kierowcę. Okazuje się, że musimy tutaj zaczekać na kogoś, kogo kierowca obiecał podwieźć . No cóż w Afryce się nie odmawia takich przysług.  Wysiadamy więc z samochodu i od razu stajemy się sensacją dla miejscowych dzieciaków, których nagle pojawiło się kilkoro niewiadomo skąd. Dla nas frajda chyba większa niż dla nich. Chociaż tutaj to nigdy nie wiadomo kto jest większą atrakcją.

Wieziemy do szkoły na Wasini trochę przyborów szkolnych. Postanawiamy dać dzieciakom trochę kolorowych kredek, pisaków, piórników itp. Jednak okazało się, że dzieci się nas boją i gdy tylko podchodzimy bliżej z piskiem uciekają. Dorośli wybuchają śmiechem, dzieci piszczą i chowają się za chatki. Jednak ciekawość wygrywa i ponownie zerkają w naszą stronę. Gdy podchodzimy uciekają i tak kilka razy. Zabawa przednia. W ten sposób nawiązujemy kontakt z dorosłymi, którzy na początku się nam tylko przyglądali. Gdy zaczynamy rozmawiać dzieci czują się pewniej i już podchodzą do nas. Okazuje się, że turyści tutaj się nie zatrzymują więc dzieci, choć znają białych ludzi nie mają za bardzo z nimi kontaktu. Więc gdy się okazało, że się zatrzymaliśmy to dzieciaki się po porostu wystraszyły. Zastanawiamy się czy tutaj straszy się niegrzeczne dzieci, że zabierze je biały człowiek jak będą rozrabiały. Niestety nie możemy się dogadać po angielsku, Tymczasem pojawia się człowiek na którego czekaliśmy i kierowca chce jechać dalej. My chętnie zostalibyśmy dłużej w tym miejscu, ale niestety zabraknie nam czasu bo i tak jesteśmy już w „niedoczasie”. Zostawiamy trochę przyborów szkolnych dla dzieci, żegnamy się i odprowadzeni piskiem dzieci i machaniem na do widzenia jedziemy dalej. To jest właśnie „wyższość” lokalnych biur, nigdy nie wiesz co cię spotka. Cudownie.

Wreszcie dojeżdżamy do Shimoni, to tutaj mamy wsiąść na łódź i popłynąć dalej. W latach 80 XX wieku administracja Reagana planowała budowę amerykańskiej bazy morskiej właśnie na Wasini, która leży naprzeciwko Shimoni. Całe szczęście, że nic z tego nie wyszło, bo pewnie byśmy mieli drugie Guantanamo. Tak wiec, Shimoni pozostało tradycyjnym miasteczkiem ze swoim folklorem. Oczywiście gdy wysiadamy z samochodu jesteśmy już z każdej strony otoczeni sprzedawcami dóbr wszelakich. Kupujemy zimne napoje i chwilę siedzimy na kamieniach w cieniu, bo nasz kierowca oczywiście musi pogadać ze znajomymi. Wiemy już, że w Shimoni można oglądać jaskinie, w których za czasów niewolnictwa trzymano ludzi, aby przerzucić ich dalej na Zanzibar.  Zachowały się jeszcze  kajdany, którymi przykuwano nieszczęśników do skał. Jaskinie były też wykorzystywane przez miejscową ludność jako schronienie podczas różnych walk plemiennych. To właśnie od tych jaskiń nazwę wzięła miejscowość – Shimo w Suahili oznacza właśnie jaskinię. Obok jaskini zachowały się resztki dwupiętrowego budynku, w którym niegdyś swoją siedzibę maiła Brytyjska Kompania Wschodnioafrykańska. Dzisiaj to już ruiny, ale kiedyś to miejsce było ważne. Decydujemy jednak, że jaskinie obejrzymy w drodze powrotnej, bo dojazd z postojami zabrał nam więcej czasu niż było to planowane. No cóż w Afryce czas nie jest ważny, przynajmniej dla miejscowych.

Na przystani czekają już łodzie. Piękne, drewniane z żaglem, nie ważne że już troszkę sfatygowane. Samo dostanie się na łódź jest wyzwaniem samym w sobie. Wąskie schodki, wyżłobione w skale prowadzą jakieś 10 metrów w dół, żadnej poręczy a są śliskie i strasznie wąskie. Niemal przylepieni do skalnej ściany po woli schodzimy na pokład.   Płynie nas kilka osób. Dojechali jeszcze goście innych hoteli. Jest nas około 10 osób. Gdy już wszyscy siedzimy wygodnie (na kapokach ratunkowych) wita się z nami kapitan (lat ok. 18) i przedstawia swoją załogę. W cenie wycieczki jest wliczona butelkowa woda na pokładzie oraz owoce. Po szybkim omówieniu jak długo będziemy płynęli i gdzie, ruszamy.

Wychodzimy z portowego kanału na otwarty ocean. Mimo, że brzeg jest widoczny to rozglądamy się ciekawsko, czy aby nasz „okręt” gdzieś nie przecieka, bo wszystko niemiłosiernie skrzypi. Jednak lekki wiatr i cudowne słońce szybko sprawiają, że zapominamy o europejskim zwyczaju sprawdzania wszystkiego i płyniemy spokojnie w siną dal, a właściwie w niebieską dal. Pierwszy punkt programu to spotkanie z delfinami.

Bardzo się ekscytujemy, bo właściwie nigdy nie widziałem dzikich delfinów. Oglądanie tych zwierząt w delfinarium, czy nawet pływanie z nimi to jednak nie to samo co obserwacja tych ssaków morskich w ich naturalnym środowisku. Nasz kapitan wprawdzie zaznacza, że nie gwarantuje spotkania w 100% jednak do tej pory zawsze się udawało. Płyniemy więc pełni nadziei, że i my będziemy mieli szczęście. O tej porze wypływa wiele statków, mijamy więc po drodze wiele takich samych łodzi, ale i takie bardziej „wypasione”, a także skromne łódki rybaków. Fajna morska wycieczka. Rozmawiamy z chłopakami, którzy pomagają na łodzi o wszystkim i o niczym. Są weseli, szczęśliwi i strasznie im się podobają dziewczyny (no tak blondynki w bikini)! Jednak gdy w żartach mówimy im, że żeniąc się z Europejką musieli by pomagać w domu, wychowywać dzieci, gotować, sprzątać i jeszcze pracować, stwierdzają, że w takim razie mężczyźni w Europie są bardzo biedni i musza być nieszczęśliwi. No cóż o tym, że mogliby mieć tylko jedną żonę nawet nie chcieli słyszeć.  Jak widać pojęcie bycia szczęśliwym jest bardzo różne i niech tak zostanie. Śmiechu było dużo i zabawy również.

Dopłynęliśmy do miejsca gdzie powinny być delfiny. Jednak wśród granatowych fal z białymi grzywami nie było wesołych delfinów. Miny nam trochę zrzedły ale dzielnie pływaliśmy w różnych kierunkach, aż wreszcie są! Piękne delfiny, co chwilę wyskakujące ponad fale. Bawiące się ze statkiem w kotka i myszkę. Naszym zachwytom nie było końca. Jeżeli ktoś chciał mógł wyskoczyć z łodzi wprost do oceanu i spróbować podglądać delfiny pod wodą (z maską i rurką). Kilkoro śmiałków się znalazło, jednak wyskakiwać z płynącej łodzi wprost do oceanu nie jest tak prosto. Poza tym delfiny szybko przepływały obok i już ich nie było. Niektórym udało się być dosłownie metr czy dwa od dziko żyjących delfinów. Frajda niesamowita. Jednak trzeba umieć dobrze pływać aby porwać się na takie pływanie w oceanie, bo fale dosyć silne no i do brzegu daleko. Jednak załoga ubezpieczała wszystkich śmiałków z kołami ratunkowymi czekając w wodzie. Na szczęście nikomu się nic nie stało i wszyscy szczęśliwie i pełni wrażeń wrócili na pokład.

Kolejnym punktem wycieczki, już mniej ekstremalnym było podziwianie raf koralowych dookoła Wasini. Przejrzyste wody wokół wyspy oferują doskonałe warunki do nurkowania z rurką. Nieopodal znajduje się Morski Park Narodowy Kisite. Miejsce to jest domem wielu gatunków korali i ryb. Wskakujemy do ciepłej i przezroczystej wody aby nacieszyć oczy tym podwodnym bogactwem. Pływa się lekko i przyjemnie. Choć miejscami trzeba uważać bo jest dosyć płytko i można poobcierać nogi o rafy. Dla mnie osobiście ładniejsze rafy są w Morzu Czerwonym, ale jeżeli ktoś ma okazję po raz pierwszy w życiu, właśnie tutaj zobaczyć bogactwo raf koralowych na pewno będzie zachwycony. Koralowe ogrody, ukwiały i mnóstwo kolorowych ryb robi duże wrażenie.

Zmęczeni wróciliśmy na łódź i płyniemy już w stronę lądu, czyli wyspy Wasini. Na wyspie mieszka około 2500 osób, w dwóch wioskach. Podobnie jak w wielu innych miejscach w Kenii, wyraźnie widać tutaj wpływ różnych kultur. Tutejsza ludność wywodzi się z ludów Bantu i Arabii. Okazuje się, ze już w XV wieku na wyspie przebywali Chińczycy. W jednym z grobowców na wyspie znaleziono łupiny chińskiej porcelany. Ponoć nazwa wyspy też wywodzi się z Chińskiego, Wa – Sini. Dominująca religią na wyspie jest muzułmanizm.

Życie na Wasini, która ma 5 kilometrów długości i 1 kilometr szerokości, zdecydowanie różni się od tego na kontynencie. Nie ma tutaj samochodów a co za tym idzie dróg. Całą wyspę można obejść w dwie godziny. Wyspa poza dwoma wsiami nie jest zabudowana. Sama wioska jest bardzo biedna. Powstała na ruinach starej osady plemiennej, ale dla nas właściwie są to tylko ruiny. Oczywiście z każdej strony biegną do nas dzieci. Witają się i uśmiechają. Krótki spacer po wiosce pokazuje jak mieszkają tutaj ludzie.  To przede wszystkim rybacy, z połowu ryb się utrzymują. Nie ma tutaj naturalnego ujęcia wody pitnej. Woda jest skarbem, co zresztą widać po przeraźliwe brudnych ubrankach dzieciaków. Kobiety biegną otwierać sklepik z pamiątkami jak tylko zbliżamy się w ich kierunku. Mimo szczerych chęci kupienia czegoś, nie bardzo jest co. Widać, że mimo wizyt turystów nie bardzo lokalna społeczność potrafi na tym zarobić.

Wioska jest mała, a wizyta w lokalnej szkole jest punktem obowiązkowym. Szkoła jest malutka. Wewnątrz mikroskopijnej klasy „upchanych” jest kilkudziesięciu małych uczni. Dzieci ubrane w mundurki są uśmiechnięte i radosne. Witają nas gromkim „good afternoon”. Dzieciaki mają lekcje z czterech przedmiotów: język suahili, język angielski, historia i przedmiot dotyczący mycia rąk czyli higieny. Zostawiamy Pani nauczycielce wszystkie przybory szkolne prosząc, żeby rozdała dzieciakom. W ramach podziękowania dzieci śpiewają piosenkę po angielski. Troszkę zawstydzone, nierówno ale radośnie i tak od serca. Była to bardzo sympatyczna wizyta. Na koniec kilka pamiątkowych zdjęć i idziemy na lunch do pobliskiej restauracji.

Oczywiście jak to przystało na wyspę na lunch jemy ryby i kraby (wliczony w cenę wycieczki). Wielkie czerwone kraby lądują na naszych talerzach, a raczej drewnianych deseczkach. Potem wielkie czerwone szczypce, które trzeba rozwalić drewnianą pałką, którą podano zamiast sztućców. Śmiechu i zabawy przy tym mnóstwo, bo nie każdy mógł sobie poradzić z dotarciem do pysznego, białego mięsa. Kraby smakowały wybornie. Potem podano słodkie ziemniaki, ryby i trawę morską. Choć restauracja z wyglądu nie przypominał restauracji, to jednak to był jeden z lepszych posiłków jaki jadłem w Kenii, może dlatego, że taki bardzo lokalny. Było pysznie i bardzo lokalnie (no i nikt z nas nie miał nawet najmniejszych sensacji żołądkowych później). Zapłaciliśmy za napoje i ruszyliśmy dalej.

Poza terenem wioski znajduje się przedziwny obszar obumarłych ogrodów koralowych. W porze deszczowej są one zanurzone w wodzie. Miejscowe kobiety wybudowały kładkę umożliwiającą spacer pomiędzy dziwacznymi formami koralowców. Kupuje się bilety aby moc po nich pospacerować. Wpływy ze sprzedaży tych biletów są na edukację i opiekę medyczną mieszkańców wioski. Wyprawa w głąb koralowych grot sprawia surrealistyczne wrażenie nurkowania na suchym lądzie. Podłoże jest porośnięte trawą morską (którą jedliśmy na lunch). W trawie biegają kraby. Kładka prowadzi dalej do bagien porośniętych namorzynami .

Wyspa ma rozległe lasy namorzynowe o powierzchni 1236 hektarów. Lasy te mają bardzo duże znaczenie ekologiczne , także dla okolicznych morskich rezerwatów. W rezerwatach tych żyje mnóstwo ryb, siedem gatunków delfinów, można spotkać także humbaki, rekiny wielorybie, wiele ptaków wodnych czy wreszcie żółwie morskie. Wasini stoi przed wielkim dylematem ochrony zarówno lasów namorzynowych jak i okolicznych wód. Rozwój turystyki i zapotrzebowanie na nowe grunty budowlane, uprawy może okazać się zgubny dla tej tradycyjnej społeczności. Na szczęście organizacje międzynarodowe budują np. zbiorniki na wodę w zamian oczekując ochrony przez mieszkańców dziedzictwa przyrodniczego. Podejmowanych jest wiele prób pomocy ale w zamian za aktywne udzielanie się miejscowej ludności w zarządzaniu i ochronie terenów przyrodniczych. Na razie ten system działa. Mam nadzieję, że nigdy nie zobaczę na Wasini betonowych wieżowców i domków dla turystów pośrodku pięknych namorzyn. Ludzie tutaj wiedzą, że ich największym skarbem i dobrem jest przyroda. Jeżeli ona się zachowa, będą turyści a za nimi pieniądze.

Odpływamy już z wyspy. Podziwiamy ponownie cudowne, wielkie baobaby porastające brzegi wyspy. Tylu tych pięknych drzew w jednym miejscu nie widziałem. Wycieczka okazała się wspaniała. Spokojna, leniwa z odrobiną historii i miejscowej kultury w tle. Jeżeli spodziewacie się ujrzeć wyspę jak z reklamówki batoników Bounty, to taka Wasini nie jest. Wasini to mimo, ruchu turystycznego, zwykła, normalna wysepka, gdzie mieszkają zwykli normalni ludzie, którzy żyją zwykłym, normalnym życiem mieszkańca  biednej osady wschodnioafrykańskiego kraju. Właśnie dlatego to takie cudowne miejsce.

3 komentarze do “Wyspa Wasini”

  1. arapahos :

    Świetny opis. Byłem na Wasini 10 lat temu, a teraz dzięki Autorowi mogłem przeżyć to raz jeszcze. Dziękuję i pozdrawiam. A.

  2. 10 lat temu, zazdroszczę! Pewnie wówczas wyspa była jeszcze bardziej ciekawa, bo co by tu nie pisać masowa turystyka w tym miejscu bardzo zmienia miejscowych (niestety nie zawsze na lepsze). Również serdecznie pozdrawiam i dziękuję za wizytę 🙂

  3. A ja dzięki temu opisowi wykupię też taką wycieczkę, bo w październiku będziemy w Mombasie – dziękuję.

Skomentuj