„Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong” – pierwsze zdanie z książki Karen Blixen brzmiało mi w uszach, kiedy długą alejką zbliżałem się do jej domu. Długi podjazd półkolem zapraszał do domu. Właśnie jestem tu w tym miejscu, które tak bardzo kochała i w którym tak bardzo cierpiała. Idę tą samą drogą, wchodzę do jej domu, do jej ogrodu. Wchodzę do innego świata, świata z książek a zwłaszcza filmu, który oglądałem kilka razy. Oglądałem „Pożegnanie z Afryką”  po raz pierwszy, gdy byłem jeszcze dzieciakiem wydawało mi się wówczas, że Afryka jest strasznie daleko i nigdy tam nie pojadę, chociaż bardzo chciałem.

Teraz okazało się, że marzenia się spełniają i właśnie te marzenia będą mi towarzyszyły przez resztę popołudnia. Jestem w tym magicznym domu, siedzę na trawniku i patrzę na odległe wzgórza Ngong. Zastanawiam się czy mógłbym tutaj żyć w tym kraju? Czy byłbym szczęśliwszy gdybym zamieszkał gdzieś daleko od codziennych trosk? Szybko uświadamiam sobie, że ucieczka przed codziennością nic nie da, bo gdziekolwiek będziemy dopadnie nas inna codzienność, inne troski. Trzeba szukać szczęścia w sobie, bo miejsca choć cudowne nie załatwią za nas naszych problemów. To miejsce jakoś skłoniło mnie do zatrzymania się, do zatrzymania się i pomyślenia o sobie. Dziwne, zazwyczaj podczas podróży chłonę całym sobą otoczenie, nowe obrazy, nieznane zapachy. Tym razem częściej myślą o sobie, o własnym życiu i o zmianach, które powinienem zarobić, a nie mam odwagi.

Ławka, na której siadywała Karen nadal stoi w cieniu wielkiego drzewa. Przysiadam pod ścianą domu i czuję magię tego miejsca. Lekko kropi ciepły deszcz tak jak wówczas gdy po raz pierwszy Hatton opuszczał to miejsce a Karen żegnała go stojąc na werandzie. Dookoła zielono, czerwono i pomarańczowo kwitną niezliczone kwiaty i krzewy. Pięknie i tak idyllicznie. Jest w tym miejscu jakaś tajemnica, tutaj czuje się Afrykę ale tą inną – kolonialną. Czekam aż tłum zwiedzających odejdzie gdzieś dalej. Chcę zostać sam i chłonąć magię tego miejsca, a bardziej zatopić się w wyobrażeniach o tym miejscu i o tej kobiecie.

Karen mieszkała w tym domu w okresie od 1913 roku do 1931.  Pierwotnie miała z mężęm prowadzić hodowlę krów jednak mąż zdecydował inaczej. Choć była świadoma, że miejsce to leży zbyt wysoko nad poziomem morza, zakłada tutaj plantację kawy. Sama pisze w swojej książce „Moja farma leżała nieco za wysoko na uprawę kawy” – tak tłumaczyła swoją klęskę. Jednak przez wszystkie te lata ciężko pracowała aby utrzymać się ze swojej pracy w tym kraju. Jednocześnie poznawała też Afrykę i nawiązywała bliskie relacje z mieszkającymi na jej ziemi ludźmi z plemienia Kikuju. Jak mówiła o nich „moi Kikujusi”. Na pierwsze swoje safari pojechała dla przyjemności, jednak widząc jak zabija się zwierzęta stała się przeciwniczką krwawych wypraw białych ludzi tylko dla przyjemności zabijania. Coraz bardziej też wczuwała się w niedolę biednej ludności murzyńskiej i starała się maksymalnie pomóc wielu z nich a przecież na swojej farmie zatrudniała kilkuset najbiedniejszych mieszkańców z okolicy. Uczyła ich dzieci w przez siebie założonej szkole, sprowadzała nauczycieli. Dzisiaj na jej cześć i pamięć miejscowość ta zwie się Karen. Była nie tylko ich nauczycielką ale i pielęgniarką lecząc proste skaleczenia i przypadłości. Przełamywała bariery pomiędzy białymi a Kikuju.

Karen pokochała Afrykę całym sercem. Jednak Afryka chyba nie pokochała Karen. 5 kwietnia 1918 roku w klubie Muthaiga poznała największą miłość swego życia – Denysa Finch Hattona. Ciągle marzyła o wielkiej miłości. Gdy ją wreszcie spotkała okazało się, że jej życie polegało na wiecznym czekaniu na ukochanego, który zawodowo zajmował się polowaniami, handlem czym się dało itd. Denis Finch Hatton był niewątpliwie twórcą safari w rozumieniu, jakie do dzisiaj funkcjonuje w naszej wyobraźni. Kiedy Karen Blixen poznała go, Finch Hatton był już sławnym myśliwym i najlepszym organizatorem komercyjnych wypraw. Był również absolutnym pionierem foto safari, które stworzyło możliwość równie ekscytujących doznań bez konieczności zabijania zwierząt, a po wprowadzeniu całkowitego zakazu polowań w Kenii w 1977 roku stało się jedyną formą safari. Biografka Karen Blixen, Judith Thurman opisuje go w następujący sposób: „ Okazało się, że jest wysokim, szczupłym, dowcipnym, nieco kapryśnym, łysiejącym, niemożliwie przystojnym trzydziestodwuletnim arystokratą, który wrócił z Somalii i zabawiał towarzystwo opowiadaniami o swoich tam przygodach”. Życie Karen polegało na czekaniu, na dobre zbiory, na ukochanego, na zgodę wodza wioski Kikuju żeby dzieci mogły się uczyć. Po woli zaczynała być szczęśliwa. Jednak los chciał inaczej. Zbiory kawy były marne, aż wreszcie pożar fabryki strawił wszystko. Karen zbankrutowała, bank zabrał dom i ziemię. Postanowiła wrócić do Dani. W tym samym czasie dowiaduje się, że Hatton ginie w katastrofie lotniczej nad Tsavo w 1931 roku. Sprzedaje to co zostało i wyjeżdża. Nigdy już nie wróciła do Afryki. Być może chciała tu wrócić ale serce jej pękło.

Pamiętam scenę z filmu gdy Karen stojąc na werandzie patrzy w dal wypatrując powrotu Hattona. Stojąc na tej samej werandzie patrzyłem na te same góry w oddali jakbym chciał zobaczyć coś co sprawi, że będę wiedział co zmienić w swoim życiu aby było lepsze? To miejsce jakoś mnie nastroiło nostalgicznie. Pewnie dlatego, że taki tutaj spokój, zwłaszcza jak się ma w pamięci gwar Nairobi. Jednak góry Ngog niczego mi nie podpowiedziały, ale poczułem, że jestem blisko, coraz bliżej własnej decyzji o zmianach we własnym życiu. Czy trzeba pojechać tak daleko aby znaleźć chwilę dla siebie? W naszym codziennym życiu, zabieganiu chyba nie potrafimy przystanać. Tutaj jest inaczej. Czas jakby nie istnieje jesteśmy poza nim. Jest takie powiedzenie – Pan Bóg dał Europie zegarki a Afryce dał czas. Coś w tym jest. Tutaj wszytko robi się wolno, na wszystko czeka nikt nikogo nie pogania. Na początku jest to irytujące później staje się błogosławieństwem. Chciałbym tak żyć, po woli, po afrykańsku.

Dzisiaj to miejsce wydaje się sielankowym rajem. Oczywiście nikt tutaj nie mieszka, jest muzeum. Dom oraz przyległy teren rząd duński podarował Kenii z okazji niepodległości. Sam dom jest przykładem typowo kolonialnej architektury. Jest to wielki i wspaniały dom z pokojami na planie kwadratu i drewnianymi podłogami. Bardzo starannie starano się zrekonstruować jego wygląd tak jak to było za czasów kiedy Karen w nim mieszkała (również mebli). Dom otacza przepiękny ogród. Nieopodal ogrodu można jeszcze pooglądać to co zostało z maszyn rolniczych, które były wykorzystywane w filmie. Po domu oprowadza przewodnik. Nie można samodzielnie chodzić po wszystkich pomieszczeniach. Jednak można odłączyć się od grupy i spokojnie pooglądać wszystko samemu. Jak to w tej części globu bywa, pracownicy nie bardzo pilnują porządku. Dzięki temu po domu chodziłem sam.

Chłonąc atmosferę tego miejsca wyobrażałem sobie jak wyglądało tutaj życie kiedyś. Oglądałem obrazy wiszące na ścianach, które malowała Karen, a przedstawiają one jej miejscowych przyjaciół. Drobne przedmioty, które do niej należały, skóry zwierząt rozrzucone na podłogach. W sypialni na krześle rzucone ubranie, na stole w salonie rozłożona książka. Ma się wrażenie, że Karen zaraz wróci, że wyszła na chwilę doglądnąć pracy przy kawie albo ze swoim ulubionym psem na spacer. Pani baronowa zaraz wróci i naleje herbaty do filiżanki stojącej na kredensie i usiądzie w wiklinowym fotelu na werandzie. Uruchomi gramofon. Atmosfera domu jest wspaniała, choć może to tylko moja wyobraźnia, bo generalnie turyści spodziewali się czegoś więcej. Kręcą nosami, że tak jakoś nie filmowo. A stare fotografie pokazują, że w rzeczywistości Hatton nie był taki przystojny jak Robert Redford, który grał jego postać w filmie. Co cóż o gustach się nie dyskutuje. Większość jednogłośnie stwierdziła, że jedyną ciekawą rzeczą w domu jest oryginalna szafo – walizka Luis Vuitton, która dzisiaj pewnie warta jest fortunę.

Znalazłem małą ławkę na tyłach domu. Tuż pod oknem zza którego dochodziły ciche dźwięki chyba Mozarta. Przypomniała mi się kolejna scena z filmu. Karen razem z Hattonem puszczają Mozarta pawianom w Masai Mara. To jedna z tych scen kiedy widać wielkie szczęście na ich twarzach. Cieszą się sobą i cieszą się Afryką . Słysząc muzykę ponownie poczułem się jak w filmie. Który to już raz w tym cudownym kraju czuję się jak bohater filmu? Znowu kropił lekki deszczyk, turyści pochowali się żeby nie zmoknąć. Siedząc na tej ławce, opierając się o ścianę domu, słuchając muzyki i moknąc w ciepłym deszczu patrzyłam na wzgórza Ngong i nie chciało mi się ruszać z tego miejsca. To była moja własna chwila zadumy w Afryce. Chwila zadumy nad sobą. Może duch Karen nigdy nie opuścił tego miejsca?

Wzgórza Ngong są czczone przez Masajów, którzy opowiadają różne legendy o ich powstaniu. Najbardziej znana opowiada o olbrzymie zmierzającym na północ z głową w chmurach, który potknął się o Kilimandżaro. Upadając na ziemię, odcisnął dłonią palczasty kształt i tak powstały te wzgórza. Inna historia wyjaśnia, że Ngong to kawałki ziemi, które pozostały pod boskimi paznokciami po ukończeniu dzieła stworzenia. Mi najbardziej podoba się ta druga legenda. Siedząc wtedy tam na tej ławce, sam w deszczu zatopiony w marzeniach miałem wrażenie, że jest to miejsce w którym Pan Bóg też chciałby mieszkać.

Karen Blixen bardzo często w swoich pamiętnikach pytała czy ktoś, kiedyś będzie o niej pamiętał w samej Kenii . „Czy Afryka zaśpiewa kiedyś pieśń o mnie” ? pytała Karen. Tak śpiewa. Niebo nad wzgórzami rozjaśnia się jej ulubioną barwą, dzieci układają nową grę, którą nazywają imieniem Karen, a orły wyglądają jej postaci znad gór Ngong, bo nie byłoby części magii dzisiejszej Kenii gdyby nie było tam Karen. Afryka pamięta…

Skomentuj