Małym samolotem polecieliśmy z Nairobi z powrotem do Mombasy. Mimo, że tanimi liniami Fly 540 –  przelot okazał się wygodny i dosyć komfortowy. Po nie całej godzinie lotu lądujemy w Mombasie i jedziemy na wybrzeże. Zostawiliśmy za sobą to co najpiękniejsze w Kenii, ale za to przed nami drugie oblicze tego kraju – plaże. Rajskie wybrzeże rozciąga się na północ i na południe od Mombasy. Oba te regiony zawzięcie rywalizują ze sobą o palmę pierwszeństwa i ściągnięcie turystów.  Nie zobaczymy tutaj już prawdziwej Kenii a jedynie turystyczny raj. Jednak poza kompleksami hotelowymi można znaleźć wiele domów czy pokoi do wynajęcia i poczuć się trochę mniej komercyjnie.

Na początek jedziemy na północ. Udając się w te rejony trzeba pamiętać, że im dalej na północ tym jest bardziej niebezpiecznie. Pewne obszary dalekiego północno – wschodniego wybrzeża znajdują się poza zasięgiem przypadkowych turystów. Są to tereny wyjątkowo niebezpieczne ze względu na napady somalijskich partyzantów oraz innych uzbrojonych awanturników. My zostajemy na plaży w Nyali. Bardzo popularne miejsce dla turystów z całego świata. Właściwie można powiedzieć, że są to przedmieścia wielkiej Mombasy.

Obszar ten słynie z tego, że właśnie tutaj przybywali pierwsi biali misjonarze. Właśnie w tym miejscu wylądował Johan Ludwig Krapf, który był pierwszym misjonarz na wschodnim wybrzeżu Afryki. W maju 1844 roku Krapf z żoną i córeczką dotarł do tego miejsca. Wkrótce po tym, 13 lipca, żona zmarła na malarię, a córeczka – dzień później. Ich groby istnieją do dzisiaj. Można je odwiedzić w miasteczku o tej samej nazwie co plaża – Nyali.

Ze względu na bliskie położenie plaży od Mombasy spotkać można tutaj wielu mieszkańców miasta, zwłaszcza w weekendy. Okazuje się, że jest to jedno z bardziej ulubionych miejsc na spędzenie leniwego dnia poza miastem. W związku z tym plaża bywa zatłoczona. Wszystkie plaże w Kenii są publiczne i choć niektóre hotele próbują stworzyć plaże tylko dla własnych gości, każdy ma prawo przebywać gdzie mu się podoba. To ponoć właśnie na tej plaży w roku 1946 otwarto pierwszy w Afryce hotel przy plaży dla turystów – istniejący do dzisiaj – „ Nyali Beach Hotel”

Sama plaża jest dosyć szeroka, choć po południu gdy zaczyna się przypływ właściwie znika pod wodą. Mimo dość dużego zagęszczenia – miejscowi, turyści, sprzedawcy można poczuć tutaj klimat egzotyki. Pięknie wyglądają nadbrzeżna skały niczym klify sterczące nad plażą. Lokalni sprzedawcy dodają kolorytu i jeszcze wielbłądy, na których można się przejechać wzdłuż plaży. Wszystko to sprawia, że czuję się tutaj bardzo dobrze, choć o spokoju można zapomnieć.

Dalej na północ jest jeszcze jedna znana plaża – Bamburii. Jednak plaża jest tam dosyć wąska (zwłaszcza gdy jest przypływ) i właściwie ma się wrażenie, że jest to ulica handlowa a nie miejsce do odpoczynku. Miejsce brzydkie ale za to  cenowo bardzo przystępne. Niestety plaże po cofnięciu się przypływu całe „zaśmiecone” są wodorostami, które zostały na brzegu. W tej części plaże nie są sprzątane, są naturalne  i trochę dzikie i często zaniedbane.

Za to woda w oceanie jest cudowna. Ciepła i czysta. Można godzinami z niej nie wychodzić. Na szczęście nie ma też powodów do strachu, że grozi nam jakiekolwiek niebezpieczeństwo, bo rafa skutecznie powstrzymuje np. rekiny. Jednak trzeba uważać na meduzy, których jest sporo, bo mogą poparzyć. Ból jest duży i zaczerwienie utrzymuje się kilka dni, na szczęście niczym poważnym to nie grozi.

Choć jak na pierwsze spotkanie z wybrzeżem kenijskim wrażenia mamy pozytywne, to jednak mamy pewien niedosyt. Nie spotkaliśmy tutaj pięknych romantycznych plaż na jakie liczyliśmy. Oczywiście pewien egzotyczny klimat jest tutaj odczuwalny ale to jednak nie to czego szukałem. Zostajemy tutaj tylko dwa dni i jedziemy na południowe wybrzeże w nadziei, że tam plaże będą ładniejsze i odnajdziemy swój kawałek raju na najbliższe kilka dni.

Skomentuj