Skoro już dojechaliśmy do wielkiego miasta, to koniecznie musieliśmy wybrać się do pożądanej restauracji. Nie to, żeby podczas safari nam czegokolwiek brakowało, ale jeszcze będąc w Polsce naczytaliśmy się o sławnej restauracji Carnivore czyli „drapieżca”. Jest to najsławniejsza restauracji w Nairobi. Pełna rozpusta, płacisz raz i jesz ile chcesz! Tylko szaleć. Kiedyś sława tej restauracji polegała na tym, że serwowano tutaj mięso dzikich zwierząt. Można było spróbować gazeli, impali, żyraf, zebr i wielu innych. Na szczęście dzisiaj najbardziej egzotycznym zwierzęciem serwowanym z grila jest struś.  Tak więc jak smakuje żyrafa ciągle zostanie tylko w naszych domysłach, może to i lepiej.

Dzisiaj można się rozkoszować różnymi rodzajami pieczonego mięsa – można wybierać pomiędzy jagnięciną, kurczakiem, wołowiną, wspomnianym strusiem a ponoć czasami nawet krokodylem. Niestety tego ostatniego zabrakło w menu podczas naszej wizyty. Do restauracji wchodzi się przez długi korytarz obsadzony roślinnością jak w dżungli i „wpada” się od razu na wielki grill, gdzie pieką się kilogramy mięsa. Widok iście oszałamiający. Kelnerzy i kelnerki jak to w Afryce bywa, ubrani w stroje z motywami zwierzęcymi dopełniają całości.

Za posiłek płaci się jedną cenę (napoje nie są wliczone). Tak więc po podaniu przystawek i przeróżnych sosów (instrukcja kelnera, co do czego obowiązkowa) podchodzą inni kelnerzy i serwują mięso z rusztów. Co chwila inne i oczywiście jeść można ile kto zmieści. Na początek kurczak, wołowina, wieprzowina a na samym końcu, jak już właściwie „pękamy” podają strusia. Mięso okazuje się potwornie twarde i niezjadliwe – wracamy do poczciwego kurczaka 🙂 Zabawny barman (z przenośnym barem) serwuje miejscowe mojito. Choć do kubańskiego oryginału mu daleko, to jest smaczne i jak się później okazuje koszmarnie drogie (ok. 10$ za drinka).

Na koniec oczywiście czas na deser. Ciasta, lody, sorbety kto co lubi. W cenę posiłku wliczony jest tylko jeden deser, więc mamy problem co wybrać. Najedzeni po uszy, obserwujemy otoczenie. Większość gości to biali turyści. Gwar jest ogromny, ludzie wchodzą i wychodzą. Miejsce jest mimo wszytko przyjemne, choć nie sprzyja odpoczynkowi. Kuchnia jednak okazała się na prawdę przepyszna i warto było tutaj zajrzeć. Jednak nie jest to miejsce do którego bym wrócił. Bardziej należy ta restaurację traktować jako ciekawostkę i miejsce z przewodników niż tradycyjną restaurację. Jedząc lody i popijając pyszną kawę podziwiamy zieloną roślinność rosnącą dookoła. Leniwe popołudnie zbliża się do końca. Syci do nieskończoności płacimy rachunek i wychodzimy.

Tuż obok samej restauracji znajduje się kilka sklepów z rękodziełem. Zaglądamy do nich z nadzieją, że może wypatrzymy coś ciekawego. Niestety jak to w takich miejscach bywa, ceny są bardzo wysokie, iście turystyczne! Jednak sklep z biżuterią jest warty polecenia, bo wzory pierścieni, bransolet, kolczyków, naszyjników są przepiękne. Dziewczyny spędziły w nim dobre pół godziny na oglądaniu wszystkich tych świecidełek. Trzeba przyznać, ze na prawdę ładne a przede wszystkim bardzo oryginalne. Dla mnie osobiście ciekawsze było przyglądanie i słuchanie zabawnego młodego człowieka, który śpiewał i grał tuż przed wejściem do jednego ze sklepów. Jego radość i pozytywna energia była tak duża, że można było tam stać i patrzeć na niego godzinami.

Nałapawszy dobrej energii z pełnymi brzuchami ruszyliśmy leniwie dalej. Niestety wieczorem lecieliśmy do Mombasy, więc czasu na zobaczenie w Nairobi czegokolwiek mieliśmy bardzo mało. Chcieliśmy koniecznie odwiedzić fundację Daphne Sheldrick, która opiekuje się pożuconymi słoniątkami i nosorożcami. Jednak mieliśmy zbyt mało czasu aby tam dojechać i wrócić na czas na lotnisko.  Giraffe Center też odpadło z  tego samego powodu. Pozostało nam zatem „zaliczyć” kolejny żelazny punkt, każdej wycieczki – odwiedziny domu Karen Blixen. Więc w drogę…

Skomentuj