Ostatnie dni naszej kenijskiej przygody postanowiliśmy spędzić wygodnie i komfortowo w hotelu na plaży Diani. Słyszeliśmy wcześniej, że jest to jedna z najpiękniejszych plaż świata, więc nasze oczekiwania były duże. Tym bardziej, że plaże na północy od Mombasy nas nie zachwyciły. Tym razem miało być inaczej. Aby dostać się na południe trzeba wrócić do Mombasy i promem przedostać się na drugą stronę.

Tak wiec, ponownie ponad godzinę czekamy żeby dostać się na prom. Słońce świeci niemiłosiernie, jest gorąco i parno, kurz wznosi się całymi tabunami, spaliny ze zdezelowanych samochodów wdzierają się do oczu, nosa.  Jednak to wszystko jest nie ważne. To długie oczekiwanie daje ogromną szansę do obserwacji ludzi dookoła, bo ludzi czeka kilkuset. Nieprzebrany tłum. Różne twarze, często umęczone codziennym życiem i upałem. Bo tutejszym ludziom też jest bardzo gorąco. Mimo, że żyją tutaj na co dzień upały też ich męczą a jeszcze muszą długo czekać na przypłynięcie promu stłoczeni pod wiatą z blachy falistej. Kolorowy tłu czeka w spokoju.

To miejsce jest dla mnie takim symbolem umęczonej Afryki. Dla nas czekanie w takich warunkach jest nie do pomyślenia. Ci ludzie dzielnie znoszą to upokorzenie, bo Afrykańczycy to bardzo dzielny naród i swoje ciężkie życie przyjmują z pokorą. Obserwując co dzieje się dookoła, przyglądając się wszystkiemu i wszystkim,  dostrzegam w oczach niektórych z nich jakby zło, wzrok mają groźny. Przyglądając się im (choć staram się to robić dyskretnie) nasz wzrok czasami się spotyka. Nie ma wówczas uśmiechu jest tylko taki jakiś smutek i zło. Nie wiem czy zło na nas – białych, zło na upał czy może na to, że prom długo nie przypływa. Napięcie jest wyczuwalne.  Staram się mimo wszystko uśmiechnąć czy pomachać ręką i wielu ludzi uśmiecha się do nas i również pozdrawia. Uwielbiam ten prom, jest to jedno z tych magicznych miejsc, które będę wspominał jeszcze długo.

Gdy wreszcie samochody wjadą na prom wówczas otwierają się bramy i ten olbrzymi tłum zaczyna biec aby zająć sobie przyzwoite miejsce na promie i wrócić do domu. Rzeka ludzi dosłownie płynie jak lawa i zalewa każde wolne miejsce gdzie można stanąć na pokładzie. Zajęty jest każdy centymetr powierzchni, każda barierka „oblepiona” jest ludźmi. Każda szczelina między samochodami zajęta. Ludzie szukają cienia ale przecież metalowe blachy są rozgrzane straszliwie. Wszystkim pot zalewa twarze. Jednak wszyscy muszą przedostać się na drugą stronę a innej możliwości nie ma.

Po przeprawieniu się na drugą stronę jedziemy w kierunku miasteczka Ukunda. Kiedyś była to mała wieś przy autostradzie. Dzisiaj dzięki rozwojowi turystyki  miasto rozwija się bardzo dynamicznie i jak to w Afryce bywa bardzo chaotycznie.  Jednak miasteczko nie żyje życiem okolicznych ośrodków turystycznych. Jest bardzo autentycznym miejscem – ciągle. Ukunda żyje własnym życiem, nie zawsze przyjemnym. Między innymi właśnie tutaj w 1997 roku było centrum walk etnicznych w tym regionie. Wypędzono wówczas ok. 100 tys. ludzi pochodzących z głębi lądu. W ciągu dnia jest to miejsce bezpieczne  jednak po zmroku lepiej odwiedzać tutejsze bary w towarzystwie jakiegoś Kenijczyka.

Mijamy Ukundę i podążamy w stronę wybrzeża. Tereny stają się przepiękne. Dookoła rosną wysokie palmy czasami mija się pojedyncze skromne domki. Droga jest asfaltowa wiec jedzie się wygodnie. To już trochę inna Kenia. Trochę bardziej ugładzona trochę bardziej „cywilizowana”. Taka turystyczna, co nie oznacza wcale, że zła. Często słyszę, że takie turystyczne miejsca lepiej omijać, bo to nie jest prawdziwe oblicze kraju. Oczywiście, że nie zobaczymy tutaj zwykłego życia przeciętnych ludzi, ale przecież to też jest oblicze tego kraju, tutaj też żyją i mieszkają zwykli ludzie. Dzięki turystyce życie wielu z nich się poprawia, mają pracę utrzymują rodziny. Często są bardziej otwarci na kontakt z innymi ludźmi, chętnie opowiadają o sobie i kraju w którym mieszkają. Miejsca turystyczne też mają swoją wartość. Poza tym to tutaj możemy odpocząć i zapomnieć o własnych troskach i problemach, chociaż na chwilę.

Plaża Diani okazała się spełnieniem naszych marzeń. Jeżeli szukacie szerokiej plaży z białym piaskiem i palmami to znajdziecie ją właśnie tutaj. Widoki jak z pocztówki! Krystalicznie czysty ocean, rafa koralowa w zasięgu i te trzepoczące na wietrze palmy kokosowe. Raj!!! Mimo tego, że jest tutaj pełno hoteli, które buduje się jak najbliżej linii brzegowej, to jeszcze nie ma tutaj betonowych wieżowców strzelających w niebo. Hotele są budowane w stylu lokalnym, najczęściej kryte strzechami i schowane pośród bujnej zieleni. Więc wyglądają pięknie. Mam nadziej, że pomimo olbrzymiego rozwoju turystyki nie zniszczą tej plaży deweloperzy  nastawieni wyłącznie na zysk i zachowa ona swój urok.

Diani obejmuje pas tropikalnej plaży o długości 13 kilometrów i szerokości nawet do 100 metrów. Minusem jest to, że podczas przypływu plaża praktycznie znika. Nie ma jej wcale. Jednak tak wielkie pływy oceanu są zjawiskiem, którego obserwacja daje poczucie siły natury, siły żywiołu. Obserwowanie jak plaża powraca i znika było naszym ulubionym zajęciem. Po za tym zawsze można było się kąpać, bo fale nie były zbyt duże a i prądów silnych nie ma w tej okolicy.

Między plażą a rafą ciągnie się pas płytkich lagun – przez koralową zaporę nie mają szans przedostać się rekiny, większe ryby czy nawet algi. Tutaj krajobraz jest bardziej urozmaicony niż w innych częściach wybrzeża, a odpływ odsłania szerokie dno laguny, pełne małych jeziorek. Koralowe rafy ukazują w wodzie szeroką paletę barw. Ocean ma inny kolor o każdej porze dnia. Czasami jest turkusowy, czasami jest niebieski, czasami zielony, ale zawsze przepiękny i ciepły.

Dalej na południe zaczynają się już tereny gdzie turystyka na razie nie dotarła. Właściwe dziewicze. Bardzo malowniczo wyglądają plantacje palm kokosowych, bananów i cytrusów. Duży obszar porośnięty jest lasami, których gospodarka człowieka nie zdążyła jeszcze zniszczyć. Warto wynająć samochód i przejechać się drogą kilkanaście kilometrów aby zobaczyć tą część kraju. Dalej jest już Tanzania.

Oczywiście skoro jesteśmy w rejonie turystycznym  to znajdziemy tutaj centra handlowe, restauracje, wypożyczalnie sprzętu, siłownie, bankomaty itp. Można oczywiście wynająć sprzęt do nurkowania, deskę z żaglem, łódź z przezroczystym dnem lub morskich połowów. Kilka kilometrów, równolegle do wybrzeża, ciągnie się pasmo wzgórz Shimba – łagodnych wzniesień osiągających 450 m n.p.m. Narodowy Rezerwat Wzgórz Shimba, o powierzchni 192 km2 , ma służyć ochronie ostatniego Kenii stada antylop szablorogich. W parku żyją również bawoły, stado słoni, kilka lwów i lampartów.  Na pewno jest to miejsce do, którego warto się wybrać jeżeli nadal tęskni się za safari, albo znudziło się nam opalanie.

Jak to często w wielu innych krajach bywa, również tutaj na plaży gdy się tylko pokażemy natychmiast będziemy zaczepiani przez lokalnych sprzedawców czyli tzw. „Beach boys’ów”. Przekleństwo dla niektórych turystów a dla innych kolejna okazja do kupienia czegoś czy tylko pogawędki. Miejscowi nie mogą wchodzić na tereny hotelowe, ale za to szczelnie „obsadzają” każde wyjście od strony plaży. Oczywiście, każdy z nich próbuje coś sprzedać.  Właściwie nie ma chyba rzeczy, której kupić u nich nie można. Jeżeli czegoś nie ma tera to będzie później. Nie ma problemu. Może to być uciążliwe, jednak można też u nich taniej kupić wycieczkę czy safari. Wielu z nich pracuje dla lokalnych biur podróży. Generalnie są uczciwi i zdają sobie sprawę z tego, że nie opłaca się im oszukiwać turystów. Stracą wówczas jedyną możliwość zarobienia pieniędzy. My, jak i wielu innych turystów wszystkie lokalne wycieczki kupowaliśmy właśnie na plaży i wszystko było zorganizowane bardzo dobrze i uczciwie.

Jedynym sposobem aby mieć względny spokój jest zaprzyjaźnienie się z nimi, bo często okazuje się, że są to przesympatyczni ludzie. Ignorowanie ich jest po prostu niegrzeczne a każdy z nich chce się zawsze przywitać i zapytać jak leci czas. Jeżeli wyraźnie się im powie, że niczego nie będziemy kupować i niczego nie potrzebujemy następnego dnia już raczej nie będą próbowali niczego sprzedać jednak zawsze będą podchodzili i się witali. Tak naprawdę, to nawet po pewnym czasie było sympatyczne bo dzięki ich otwartości można było dowiedzieć się sporo o ich trudnym życiu, a oni ze zdziwienia otwierali oczy gdy okazywało się, że w Europie nie wszystkim żyje się dostatnio i szczęśliwe.

Jednak to miejsce to przede wszystkim błogie lenistwo. Cudowne słońce i cudowny ocean. Choć na wybrzeżu jest dosyć duża wilgoć w powietrzu to fenomenalnie się tutaj odpoczywa. Bo czym człowiek ma się zmęczyć? No chyba, że codziennym bieganiem po plaży. Pobiec przed siebie (bardziej na południe) brzegiem oceanu i podziwiać coraz bardziej dzikie wybrzeże – bezcenne. Tak pięknie może być tylko w Kenii.

Jeden komentarz do “Diani beach”

  1. Spedziliśmy tam w hotelu położonym przy samej plaży święta Bożego Narodzenia i sylwestra 2012/2013.W pełni się zgadzam
    z opisem tej plazy i tego miejsca.Raj na ziemi.Wycieczkę dwudniową na safari wykupiliśmy na plazy w szałasie.Po zgłoszeniu w hotelu o 5:30 rano zrobiono
    dla nas śniadanie.Na safari bardzo się starali.Powiedzieli ze zrobią wszystko abyśmy byli zadowoleni.

Skomentuj