Trochę już się przyzwyczaiłem do wstawania o 6 rano. Jest tym łatwiej, że każdy kolejny dzień jest pełen wrażeń i przynosi nowe przygody. Ten poranek był jeszcze bardziej ekscytujący bo przed nami droga do najsławniejszego rezerwatu dzikich zwierząt, do Masai Mara. Zanim jednak przyjedziemy na miejsce czeka nas kilka godzin w samochodzie.

Główne drogi na szczęście w Kenii są bardzo przyzwoite więc podróż upływa bez większych problemów. Nasz kierowca doskonale radzi sobie na zatłoczonych drogach i mimo, że nie należą one do najbezpieczniejszych to podróżuje się bez strachu o własne życie. Może jednak ważniejsze jest to co mijamy po drodze. Te wszystkie obrazy, które tylko migają za szybą.

Pisałem już, że niestety nie można się zatrzymać wszędzie gdzie by się chciało, bo droga trwałaby wówczas w nieskończoność. A za oknem tyle się dzieje. Mijamy kolejne wsie, osady i miasteczka. Obserwujemy toczące się leniwie życie zwykłych Kenijczyków. Tym bardziej jest to ciekawe, że ciągle znajdujemy się na terenach gdzie mieszkają Masajowie. Co chwila mijamy kolorowo ubranych mężczyzn i kobiety. Jakże to inny świat od naszego!

Na szczęście jeden z samochodów, którym jedzie część naszej grupy psuje się i musimy zawrócić, żeby sprawdzić co się stało. Nikt nie pomyślał o tym, że nasza podróż może się skomplikować ale za to wszyscy się ucieszyli, że będziemy musieli się zatrzymać „w szczerym polu”, a raczej w maleńkiej osadzie gdzieś zagubionej pośród sawanny.

Okazało się, że to tylko chłodnica. Naprawa trwała zaledwie około pół godziny, za to my mieliśmy okazję spotkać się z lokalnymi mieszkańcami a zwłaszcza z dziećmi. Dzieci w Kenii to osobny rozdział. Jest ich dużo i są wszędzie. Umorusane, zasmarkane, brudne często bose i zawsze uśmiechnięte.

Podczas pierwszych spotkań z dzieciakami miałem łzy w oczach. Było mi ich po prostu bardzo żal, że nie mają takiego dzieciństwa jakie ja znam. Potem odnosiłem wrażenie, że mimo tego że są biedne są szczęśliwe. Jak dzieci na całym świecie są ciekawe nowości a zwłaszcza białego człowieka. Niektóre się nas boją i uciekają, chowając się za spódnicę mamy. Jednak po chwili ciekawość zwycięża.

Oczywiście jesteśmy zaopatrzeni w kolorowe kredki, pisaki i słodycze. Gdy tylko dzieci zorientowały się, że mogą coś dostać oblegały nas z każdej strony. Były jednak grzeczne i nie przepychały się, czekając na swoją kolej. Zawsze zabieram ze sobą „pół” walizki przyborów szkolnych dla dzieciaków. Zawsze je rozdaję bo dzieciakom sprawia to frajdę i często nie mają własnych, a ja mam nadzieję, że może dzięki tym bajecznie kolorowym kredkom, pisakom, piórnikom, długopisom chętniej będą chodziły do szkoły. Może się mylę ale nadzieja, że nie jest ważniejsza.

Jednak najważniejsza jest radość tych dzieciaków i często widząc „ogniki” w ich oczach wiem, że naprawdę się cieszą. Zawsze byłem przeciwnikiem rozdawania słodyczy, ze względu na słabą opiekę dentystyczną w biednych krajach, jednak dzieciaki w Kenii bardziej cieszyły się dostając lizaka niż piórnik z pełnym wyposażeniem czy komplet 24 pisaków. Życie przeciętnego mieszkańca Kenii jest trudne więc kupno słodyczy to już rozpusta. A dzieci jak to dzieci, za lizaka „oddadzą wiele”. Miałem trochę wyrzutów sumienia, że nie miałem nic słodkiego. Tym razem chyba cukierki byłyby lepsze.

Mimo tego, że dzieci są obdarte, często ubrane w brudne, zniszczone i za duże ubrania, mimo tego, że nikt im nie wyciera nosów i boso biegają po piasku nie są niedożywione. Nie spotkałem ani jednego dziecka, które wyglądałoby na głodne. Na szczęście w Kenii ten problem nie jest duży. Mimo tego, że istnieje obowiązek szkolny dla każdego dziecka, wiele z nich nie chodzi do szkoły. Może dla tego przybory szkolne nie sprawiały im tyle radości? Mimo wszystko dzieci zawsze były uśmiechnięte i zawsze machały na pożegnanie. Spotkanie z nimi w miejscu gdzie zazwyczaj turyści się nie zatrzymują było czymś niezwykłym i mimo dużej biedy pozostawiło w nas wspomnienie szczęśliwych ludzi, którzy żyją w miejscu gdzie zesłał ich los i mimo wszystko mają uśmiech na twarzach.

Podczas naszej podróży niemal non stop obserwowaliśmy dziwne kunsztowne gniazda zawieszone na drzewach. Trochę to nam przypominało bombki na choinkach. Takich gniazd na jednym drzewie zazwyczaj jest kilkadziesiąt. To małe żółte ptaszki, wikłacze są twórcami takich skomplikowanych budowli. Są wielkości naszych wróbli i jest ich tak samo dużo.

Ptaki te gniazdują w wielkich koloniach. Budują wyjątkowo misterne, kuliste lub gruszkowate gniazd. Materiał na gniazda stanowią długie trawy, pędy i liście. Przepięknie wyglądają zwłaszcza na samotnie rosnących drzewach, np. akacjach, taki widok drzewa obwieszonego gniazdami wikłaczy jest bardzo charakterystyczny dla Afryki i rzeczywiście podziwialiśmy te konstrukcje podczas całej naszej trasy.

Mijając kolejne osady zbliżaliśmy się do Masai Mara. Mijaliśmy lokalne targi gdzie Masajowie kupują potrzebne im do życia produkty. Mijaliśmy także zagubione na sawannie wioski masajskie. Są one dowodem, że jeszcze  niektórzy z nich żyją w tradycyjny sposób w wiosce zbudowanej na planie kręgu. Oczywiście w oczy rzucała się wszechobecna bieda. Jednak coraz częściej zastanawiałem się czy można to co widzimy nazwać biedą?

To że ludzie nie mieszkają w 10 piętrowych blokach, to że nie ma asfaltowych ulic i wybrukowanych chodników, to że nie ma klimatyzowanych centrów handlowych, to że nie ma pięknie utrzymanych zieleńców i sygnalizacji ulicznej nie koniecznie musi oznaczać biedę rozumianą jakoś coś złego. Na pewno standard życie w Kenii jest dużo niższy niż w Europie, tylko ludzie jakby się tym nie przejmują. Po raz kolejny w życiu przekonałem się, że stan posiadania nie musi być w Prost proporcjonalny do naszego szczęścia. Ludzie w biednych krajach często okazywali się szczęśliwsi niż ja, niestety.

Zjechaliśmy z głównej drogi i niestety od razu poczuliśmy to na własnych pupach. W parkach oczywiście niemal nie ma żadnych dróg. Jedzie się po prostu po wytyczonym szlaku przez inne samochody. Podczas pory deszczowej wiele z tych szlaków jest nieprzejezdnych. Do tej pory podróżując po parkach jakoś dawaliśmy radę, jednak Masai Mara przywitała nas niemiłosiernymi wybojami. Obijaliśmy się o dach, boki, siedzenia samochodu a nasz kierowca wcale nie zwalniał jakby nie przejmując się kiepskim stanem drogi. Zapytaliśmy pełni obaw czy przypadkiem nie uszkodzi samochodu, na co On ze stoickim spokojem odpowiedział, że na pewno nie i możemy siedzieć spokojnie. Tylko jak tu siedzieć skoro raz przed oczami ma się niebo a raz ziemię.

Droga była naprawdę fatalna, najgorsza jaką jechaliśmy do tej pory, ale spotkanie z najsławniejszym rezerwatem dzikich zwierząt w Kenii było ważniejsze, więc dzielnie trzymając się wszystkiego co było pod ręką zmierzaliśmy w kierunku następnej przygody. Bo przygody w Kenii nie trzeba szukać, bo Kenia to jedna wielka przygoda!

Skomentuj