W Masai Mara zatrzymaliśmy się w przepięknym Fig Tree Lodge. Tam też w recepcji kupiliśmy safari balonem. Jeszcze będąc w Polsce naoglądałem się zdjęć i bardzo chciałem coś takiego przeżyć. Jednak cena odstraszała. Na miejscu zadziałała magia Afryki i zapadła decyzja – lecimy! Impreza, jak wiedziałem, okazała się szalenie droga i trzeba mieś dużo pieniędzy albo być tak szalonym, żeby zadłużyć kartę kredytową na najbliższe kilka miesięcy 🙂  Jednak nie żałuję ani 1$ wydanego, bo jeżeli lecieć balonem to właśnie nad Masai Marą (spłata debetu jakoś mniej boli dzięki wspomnieniom). Moim skromnym zdaniem jest to wymarzone miejsce na taką ekstrawagancję.

Impreza rozpoczynała się około 6 rano. Zaspani zgłosiliśmy się do recepcji gdzie na szczęście czekała na nas kawa i herbata. Adrenalina rosła, bo czekał nas jeszcze około 15 minutowy spacer przec busz na miejsce na polanę. A jak będą lwy? Kurcze chodzić po ciemku po buszu? Na szczęście naszą 4 osobową grupkę eskortowali uzbrojeni w meczety Masajowi. Bezpiecznie dotarliśmy na miejsce odlotu (jednak szkoda, że nie  było lwów)!

Na polanie czekali na nas inni towarzysze „niedoli” i dwa wielkie sflaczałe balony rozpostarte na trawie. Gdy już byliśmy wszyscy rozpoczął się spektakl nadmuchiwania balonów. Uruchomiono wielkie wiatraki i podpalono palniki. Wilie języki ognia zaczęły buchać w stronę wlotów czasz. Troch e nas to przeraziło, że zaraz wszystko się spali. Mimo tego, że było dosyć chłodno od razu zrobiło się nam gorąco J popatrzyliśmy po sobie i każdy był lekko wystraszony ale cóż już za późno na to żeby się wycofać. Po około 30 minutach wielkie i piękne balony pionowo prężyły się do startu, a kilku ludzi trzymało za liny żeby nie odleciały bez nas.

Naszym balonem dowodził kapitan Mike. Słusznych rozmiarów Brytyjczyk. Całe szczęście, że był duży i silny, bo budził tym nasze zaufanie. Po woli wsiadaliśmy do gondoli. W każdej 12 osób, trochę to duże,  żeby leciało J Kapitan udzielił nam instruktażu jak należy się zachować w czasie awaryjnego lądowania! Jeszcze nie wystartowaliśmy a już nas straszą. Bez tego już jesteśmy dostatecznie przerażeni. Naprawdę się baliśmy tym lecieć. Po instruktarzu kapitan poprosił nas żebyśmy przyjęli pozycję, którą pokazywał i omawiał. Więc posłusznie schowaliśmy się w koszu, zaparliśmy rękoma i nogami. Czarne myśli ciągle chodziły po głowie. Po co mi to?

Kapitan poprosił o powstanie i oczom nie wierzyliśmy – unosiliśmy się w powietrzu !!! Nawet nie wiemy kiedy wystartowaliśmy! Start odbył się spokojnie po cichu. Nagle strach ustąpił, poczuliśmy się rozluźnieni i zaciekawieni. Było jeszcze szaro na dworze gdy zaczęliśmy się wznosić. Lot balonem odbywa się w zupełniej ciszy. Nic nie słychać nie ma żadnych dźwięków. Jest to dziwne, bo gdzieś w głowach mamy zakodowane, że skoro się wznosimy to musi być jakiś dźwięk. Tutaj tymczasem cisza. Nawet my przestaliśmy rozmawiać. Poczuliśmy jakąś magię.

Słońce zaczęło wschodzić i nasz kapitan zażartował, że właśnie teraz mamy jedyną w życiu okazję wyglądać młodziej i lepiej właśnie w promieniach tego wschodzącego słońca nad Masai Marą. W balonie u góry był zainstalowany aparat fotograficzny i Mike pstrykał nam zdjęcia, a my z radością uśmiechaliśmy się w obiektyw. Miał skubany rację, jeszcze na żadnych zdjęciach nie wyszliśmy tak dobrze, nie ma to jak dobre światło, nie potrzebujemy photoshopa.

Nie potrafię opisać jakie widoki są z góry. Wiecie, że Kenia jest piękna z powietrza jest jeszcze piękniejsza. Lecąc w ciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu włączaniem palników obserwowaliśmy jak kapitan zręcznie i z wysiłkiem pociąga za jakieś liny i linki. Nie sądziłem, że tak ciężko „prowadzić” balon. Pod nami bezkresne równiny Masai Mara, zwierzęta obok inne balony. Pięknie. Tak pięknie, że nawet nie chce się robić zdjęć, zapada się w swego rodzaju letarg, rozmarzenie nie wiem jak to nazwać. Ciekawe, że już nie było żadnego strachu, stresu wszystko zostało na ziemi.

Sam lot trwa około godziny. Leci się na różnych wysokościach. Raz bardzo wysoko innym razem tuż nad drzewami i tak na zmianę. Nigdy nie wiadomo gdzie się wyląduje, bo zależy to od wiatru. Kapitan kontaktuje się z załogą naziemną za pomocą radia. Przyszło niestety lądować. Kapitan poprosił o przyjęcie odpowiedniej pozycji w koszu. No i strach powrócił. Walniemy o ziemię a może nas pociągnie ta wielka nadmuchana czasza? Nikt nie miał ochoty być poobcierany. Więc zamykamy oczy, klinujemy się w koszu ile tylko mamy sił i czekamy….

Jak wyglądało lądowanie nie opisze tutaj. Nikt z nas nawet nie przypuszczał, że będzie to tak wyglądało. Nie napisze jak, bo może ktoś z Was kiedyś zafunduje sobie taką atrakcję i sam się przekona. Napisze tylko, że było oczywiście bardzo bezpiecznie ale …..

Po wylądowaniu czekało na nas śniadanie na sawannie! Rozstawione stoliki, kuchnia bar pod akacją, a w koło antylopy, zebry. Wszyscy pewnie czytaliście albo oglądaliście „Pożegnanie z Afryką”, tak właśnie się poczuliśmy. Coś niesamowitego!!! Jak w filmie!!! Wrażenie jest cudowne. Na powitanie kelnerzy podają lampkę szampana, wszyscy się stukają kieliszkami i jakby nie wierzą, że dzieje się to naprawdę. Trudno w to uwierzyć, trudno zrozumieć to uczucie które towarzyszy takiemu śniadaniu. Do dzisiaj wspominam to jako coś nierealnego co zdarzyło się w Miom życiu.

Jajecznica, tosty, jogurty, kawa itp. Ale oczywiście angielskim zwyczajem my pijemy dżin z tonikiem! Jezu! Przed 9 rano jesteśmy wstawieni na  „środku” Afryki między zwierzętami J Kurcze jak ten film się skończy? Dla tych, którzy nie lubią dżinu była oczywiście krwawa Mery, a jak – po anielsku! Podczas naszego śniadania przygotowano płytki z naszymi zdjęciami, które mogliśmy kupić. Gdy już się najedliśmy i poszczypaliśmy, że jest to prawda trzeba było wracać. W drodze powrotnej już samochodami odbywa się krótkie safari, gdzie można jeszcze pooglądać zwierzęta.  Całość imprezy trwała mniej więcej do 11. Odwieziono nas do lodgy i pożegnano. Choć przygoda w Kenii czai się za każdym rogiem ta był najpiękniejsza w moim życiu. Polecam wszystkim.

2 komentarze do “Balonem nad rajem”

  1. Byliśmy dwa razy z żoną w Kenii. Tydzień w trakcie podróży poślubnej i potem 3 m-ce. Duże doświadczenie.Rozpocząłem naukę Swahili . Zamierzamy poleciec nad Masaj Mara , wejsc na Kilimandżaro i być tam co najmniej. Raz na dwa lata

  2. Mirku szczerze zazdroszczę tak długich pobytów 🙂 To fantastyczne przeżycie poznawać kulturę suahili! Mam nadzieję, że ja również będę wracał. Tymczasem trzymam kciuki za naukę suahili i za pozostałe Twoje przedsięwzięcia!!!
    pozdrawiam serdecznie, Adam

Skomentuj