Nasz drugi dzień pobytu w Amboseli zapowiadał się bardzo ekscytująco. Dzisiaj jedziemy do prawdziwej wioski, w której mieszka  jedno z najbardziej znanych plemion Afryki – Masajowie.  Wyruszamy w drogę z samego rana z nadzieją, że czeka nas niesamowity dzień. Po drodze coraz częściej widujemy stada krów i kóz pilnowanych przez kolorowo ubranych młodych mężczyzn. Zbliżamy się do wioski, świadczą o tym wystawione „straże”. Nie widzimy jeszcze wioski ale po drodze  spotykamy już  pojedynczych Masai, którzy na nasz widok wyciągają telefony komórkowe i gdzieś dzwonią ! Centralna Afryka, wojownicze plemię, które żyje tradycyjnym życiem i telefony komórkowe? No tak, okazało się, że ten wynalazek nie jest tutaj zupełnie nieznany. Przynajmniej niektórzy bez większych problemów się nim tutaj posługują.

Podejrzewamy, że „straż przednia” daje cynk do wioski, że jadą turyści. Pewnie tak było bo gdy podjechaliśmy okazało się, że jesteśmy już oczekiwani i nikt się nie zdziwił naszym przyjazdem, nikt nie przerwał żadnej pracy, bo nikt niczego tutaj nie robił. Przed wejściem do wioski czekał mały tłumek kolorowo ubranych mężczyzn.

W poprzednim wpisie napisałem, że jak spotkanie z Masajami to tylko w Amboseli. Dlaczego? Otóż widok wioski, zbudowanej  w tradycyjny sposób (chaty z gliny i krowiego łajna), wypalona  słońcem sawanna, czerwono ubrani Masajowie i to wszystko na tle ośnieżonego szczytu Kilimandżaro i błękitnego nieba!

Taki widok jest wprost nieprawdopodobny. Gdy zobaczyłem taki obrazek w pierwszej chwili nie wierzyłem, że to prawda. Bardziej byłem w stanie uwierzyć, że to moje myśli płatają mi figle i „pokazują” mi to o czym marzyłem. Jednak, na szczęście wszystko okazało się rzeczywiste i jak najbardziej prawdziwe. Widok jak ze snu! Dlatego uważam, że Amboseli to najlepsze miejsce do odwiedzin Masajów. W żadnym innym miejscu nie wygląda to tak bajkowo, choć na pewno wszędzie ciekawie i egzotycznie. Tez widok był warty wydanych wszystkich pieniędzy i nie zapomnę go nigdy!!!

Tymczasem wyszedł do nas wódz wioski i powitał nas płynną angielszczyzną. Pokrótce opowiedział czego mamy się spodziewać po wizycie w wiosce i zaprosił wszystkich, którzy chcą do środka – po uiszczeniu 30$ od osoby. Mogliśmy za tą cenę pytać o wszystko co przyszło nam do głowy, robić zdjęcia bez ograniczeń ale jak się później okazało nie można był pójść w każde miejsce w obrębie wioski. Byliśmy całkiem sprytnie pilnowani, żeby nie wtykać nosów w miejsca których nam pokazać nie chciano. Dowiedzieliśmy się, że taka osada nazywa się – enkang. Często mówi się na takie wioski – manyatta, ale różnica jest duża. Manyatta to taka sama osada, ale wybudowana tylko w celu przeprowadzenia na jej terenie różnych ceremonii. Natomiast w enkang po prostu toczy się zwyczajne życie. Po każdym deszczu chaty wymagają gruntownej naprawy i zajmują się tym kobiety.

Tymczasem przed wioskę wyszła cała społeczność lokalna i ustawiła się w szeregu. Mężczyźni ubrani w trzy tradycyjne shuki (z czerwonego materiału w kratę, przypominającą trochę tę szkocką). Ich ręce, szyję i uszy zdobią wielokolorowe kolczyki i bransoletki z paciorków. Za skórzanym pasem widać zatknięty  tradycyjny masajski nóż. W lewej ręce trzymają dzidy a w prawej masajskie kije, które służą im jako podpora, kiedy stoją. Wysocy, szczupli i dumni wyglądają jak oddział zmierzający na pole bitwy.

Kobiety ubrane w suknie – kanga, do tego na ramionach chusty w różnych kolorach (czerwonym, niebieskim i fioletowym).  Mężatki mają krótko ostrzyżone włosy, jak mężczyźni (czasem nawet wygolone głowy). Ich szyje i głowy są bogato udekorowane biżuterią – wisiorkami, naszyjnikami, bransoletami – z białych, czerwonych i niebieskich koralików. Z dużych dziur w uszach zwisają kolorowe kolczyki i wisiorki. Wygląda  to tym bardziej fantastycznie, że dookoła nas tylko brunatna ziemia wypalona słońcem, która daje wspaniałe tło dla tego barwnego przedstawienia.

Masajskie śpiewy przybierają charakter głośnych, rytmicznych pomruków wydobywających się gdzieś z głębi gardła. Mam wrażenie, jakby śpiewający popadali w rodzaj wokalnego transu. Kobiety rozpoczynają śpiewne nawoływania, jakby chciały zachęcić przystojnych wojowników do tańca. Mężczyźni niskim, gardłowym głosem odpowiadają im donośnie. Dwóch występuje z szeregu i staje w środku. Naprężeni jak struny z głowami nieco odchylonymi do tyłu zaczynają wykonywać swe imponujące podskoki.

W tradycyjnym tańcu Ipid, chodzi o to, by skoczyć jak najwyżej, a jednocześnie nie uginać nóg w kolanach. Pary wojowników się zmieniają, każdy próbuje skoczyć jak najwyżej aby pokazać, że jest najlepszy. Trwa to dobre kilkanaście minut. Potem zostajemy okrążeni przez mieszkańców wioski, którzy odprawiają nad nami jakąś ceremonię. Jest to rodzaj modlitwy na szczęście. Cóż wrażenie tym bardziej niesamowite, ze ciągle wszystkiemu towarzyszą bardzo głębokie, gardłowe dźwięki, które naprawdę po pewnym czasie mogą wprowadzić w trans.

Po pokazie tańców zostajemy zaproszeni do wnętrza wioski. Typowa masajska boma – wioska – to po prostu zagroda, złożona z paru zbudowanych na planie okręgu glinianych chat (drewniany szkielet oblepiony jest mieszanką gliny i bydlęcych odchodów zmieszanych z moczem). Dowiadujemy się podstawowych rzeczy o życiu Masajów i rzeczywiście odpowiadają na wszystkie nasze pytania.

Dowiadujemy się, że zbudowanie domu to zadanie świeżo poślubionej żony Masaja. Ze względu na obowiązującą wśród Masajów poligamię, każdy Masaj ma tyle domów, ile żon, nawet kilkanaście (ale najczęściej około trzech czy czterech). Liczba wybranek ograniczona jest jedynie jego sytuacją materialną – każdą kobietę, którą chce poślubić, musi bowiem najpierw wykupić od jej rodziców. Opłata taka zwykle ustalana jest w sztukach bydła. Masajka może być poświęcona tylko jednemu mężczyźnie. Śmierć męża nie daje kobiecie możliwości ponownego założenia rodziny. Pozostaje wdową. Kobiety też nie posiadają żadnej własności. Każda z żon mieszka w swojej chacie, ale dzieci wychowują się już razem. Jeżeli wojownik wyrusza na dłuższy czas poza swoją wioskę (kiedyś wojny, polowania) inny członek wspólnoty ma prawo współżyć z jego żoną (jedyny warunek, musi pochodzić z podobnego przedziału wiekowego co mąż kobiety). Nie jest to traktowane jako zdrada, a raczej jako zaspakajanie kobiecych potrzeb, podczas nieobecności męża. Wbita dzida przed wejściem do chaty oznacza wizytę „męża” zastępczego.

W jednej wiosce najczęściej mieszka jedna rodzina, która w sumie może składać się z 20 – 30 osób. Otoczenie wioski przez wysoki na ok. 2 metry płot z kolczastych gałęzi akacji ma chronić mieszkańców przed atakami dzikich zwierząt. Również wewnątrz wioski znajduje się drugi krąg otoczony gałęziami. To miejsce służy z kolei krowom i kozom jako miejsce pobytu w nocy.

Dowiadujemy się również, że dieta Masajów składa się głównie z mięsa kóz oraz krwi krowiej zmieszanej z mlekiem plus kukurydza. Wołowinę jedzą tylko z okazji dużych świąt. Nie jedzą warzyw i owoców a mięso ryb stanowi nieprzekraczalne tabu (nie wolno ich jeść, tak). Również nie mogą spożywać mięsa dzikich zwierząt, które również jest tabu. Trochę zaskakuje nas tak skromna dieta, patrząc na ich tężyzność fizyczną, ale stanowczo potwierdzali, że jedzą tylko to! Oczywiście nauczono nas tradycyjnego sposobu rozniecania ognia. Dwa patyki, trochę wysuszonych odchodów słonia i rozpalamy ognisko!

Jednym z tematów, który nas jakoś bardzo zainteresował to obrzezanie. Okazało się, że na nasze pytania również wódz odpowiadał chętnie. Obrzeza się zarówno chłopców jak i dziewczęta gdy mają ok.  dziewięć lat (dziewczynki) i jedenaście (chłopcy). Dziewczęta wychodzą za mąż czasami już nawet w wieku trzynastu, piętnastu lat. Dla nas trochę szokujące to informację, bo w naszej kulturze to jeszcze dzieci.

Po dosyć szczerej rozmowie (tak przynajmniej nam się wydaje) mieliśmy okazję zajrzeć do wnętrza chaty. W środku panuje całkowita ciemność. Jedynym źródłem światła jest ogień paleniska na środku. Palący się ogień wypełnia wnętrze chaty dymem, który z kolei bardzo często jest odpowiedzialny za choroby oczu u Masajów. Wewnątrz jest kilka naczyń i obciągnięte skórą prycze do spania. Właściwie nie a ma tam niczego więcej. Trudno sobie wyobrazić jak się mieszka w takim domu.

Po obejrzeniu wnętrza chaty nastąpił tzw. Dla nas czas wolny. Wódz plemienia grzecznie podziękował za nasze zainteresowanie i „przekazał” nas w ręce swojego brata. Co ciekawe zostaliśmy podzielenie, a właściwie dobrani w pary i każdej dwójce turystów został przydzielony jeden Masaj jako opiekun i przewodnik. Okazało się, że nie można samemu pójść do innej chaty czy nawet w innym kierunku. Nasz przewodnik skutecznie nas powstrzymywał przed schodzeniem z „trasy” zwiedzania.

Tymczasem za wioską kobiety przygotowały „stragany” z ozdobami do kupienia. Nasz przewodnik oprowadził nas po każdym „stoisku” i oczywiście bardzo zachęcał do kupna jakiejś oryginalnej pamiątki u jego 15 letniej żony. Muszę przyznać, że była to chyba najładniejsza Masajka jaką widziałem a i jedna z najładniejszych kobiet jakie w ogóle widziałem. Zresztą plemię to jest wybitnie urodziwe. Wysocy, szczupli, smukli o dosyć ostrych rysach twarzy, które nadają im wyraz pewności siebie i pewnej zadziorności oraz wojowniczości – stanowią jedną z ładniejszych ras ludzkich.

Po zrobieniu zakupów, ciągle pod opieką „własnego” opiekuna ruszyliśmy w stronę szkoły. Budynek w którym mieści się szkoła to po prostu trochę większa chata, ale już z desek i z oknami. Szkoła stała tuż obok wioski. Po drodze w odległości może 200 metrów było widać inne zabudowania. Skromne drewniane domki tworzyły jakąś osadę.

Zapytałem „naszego” Masaj czy tam mieszkają, a tutaj tylko pokazują turystom? Słysząc to pytanie Masaj dosyć mocno się speszył i zdenerwował. Oczywiście stanowczo zaprzeczył, ale nie przekonał mnie. Nie było już czasu na dalszą dyskusję, bo doszliśmy do szkoły. Gdy wszedłem do środka małej szkółki położonej gdzieś na wyżynie Amboseli u podnóża Kilimandżaro, ponownie tego dnia nie uwierzyłem w to co ujrzałem.

2 komentarze do “Z wizytą u Masajów”

  1. zdjecia przepiekne, ale masz racje, wioska to atrakcja dla turystow nie pierwsza i nie ostatnia, to ich miejsce pracy, widac to po dzieciakach ktore z zachwytem brudza sie przez caly dzien, a jakim cudem dorosli maja te swoje piekne czysciutkie, kolorowe stroje nawet nie pokryte kurzem…. wody jak na lekarstwo… dlatego turysta nie moze wszedzie zagladac 😉

  2. ….mimo wszystko, pierwszej w życiu wizyty w takim miejscu nie zapomni się nigdy 🙂

Skomentuj