Legenda głosi, że jezioro Naivasha było kiedyś znacznie większe niż obecnie. Pewnego dnia jakiś obcy człowiek zbudował czółno, by dotrzeć do wysepki położonej na środku jeziora. Masajska starszyzna ostrzegała go, że mieszkają tam złe duchy, które nie lubią by je niepokojone. Ale uparty przybysz odbił od brzegu. Kiedy przebył jedną czwartą drogi, rozszalała się straszliwa burza, olbrzymi płomień wybuchnął z wody i wzbił się wysoko w niebo. Gdy burza ucichła, jezioro zmalało do obecnych rozmiarów, a obcy już nie wrócił. Zapewne legenda ta opowiada o wybuchu wulkanu Langonot przed wiekami (stąd płomień, który wychodzi z wody i zapadnięcie się części jeziora).

Tylko nieliczne jeziora w Rowie Wschodnim mają wodę słodką. Jednym z nich jest jezioro Naivasha. Położone jest na dnie rowu na wysokości 1870 metrów nad poziomem morza. Jego powierzchnia zmieniała się na przestrzeni stuleci, obecnie jego powierzchnia to 170 mk2. Niezwykłe w tym jeziorze jest właśnie to, że jest w nim słodka woda. Stanowi to pewną zagadkę. Zbiornik jest bezodpływowy a zasilany rzeką Thurusha. Więc jak to się dzieje, że jezioro nie wylewa nadmiaru wody?  Zjawisko to próbowano wyjaśnić różnymi teoriami, ale żadna nie zyskała pewności. Najbardziej prawdopodobne jest istnienie jakiś system podziemnych cieków wodnych, które odprowadzają nadmiar wody z jeziora i gdzieś daleko zasilają rzeki powierzchniowe. Woda w jeziorze nadaje się do picia (ale nie dla nas, nie jesteśmy odporni na różne tamtejsze bakterie) i nawilża okoliczne żyzne gleby.

Nazwa jeziora Naivasha, podobnie jak wiele innych w Kenii, jest zmodyfikowaną formą lokalnej (masajskiej) nazwy E-na-iposha (falujące wody) – taka wymowa jest ciągle używana przez Masajów zamieszkujących tę okolicę. Porośnięte trawami brzegi jeziora były od wieków tradycyjnymi pastwiskami dla stad bydła Masajów. W raz z odkryciem tych urodzajnych ziem przez Josepha Thomsona w 1884 roku Masajowie przestali być jedynymi użytkownikami tych terenów. Zanim jednak nastał koniec XIX wieku, dzięki budowie kolei, te rozległe równiny były świadkiem przybycia pierwszych europejskich osadników. Wkrótce przekonano Masajów aby odstąpili od wypasu bydła wokół jeziora . Był to początek budowy europejskich domów i rancz. Dzisiaj Masajowie powrócili w te rejony ale czują się wyobcowani. Nie prowadzą tutaj tradycyjnego życia i często pracują jako robotnicy na niezliczonych plantacjach kwiatów rozsianych w okolicy. Szklarni jest bardzo dużo dookoła – ok 40% ciętych kwiatów, które sprzedawane są na europejskich rynkach pochodzi właśnie z tego miejsca.  Przy hodowlach powstały duże osiedla robotnicze. Tłumy ludzi ściągają w całego kraju w poszukiwaniu tutaj pracy. Niestety nie wszystkim się to udaje więc widać dużą biedę i bezrobotnych ludzi, którzy żyją w warunkach urągających współczesnemu światu. Same osiedla robotnicze to po prostu slamsy, bez prądu wody itp. Tłumy dzieci biegają po drogach jak zawsze wesoło machając do turystów.

Jezioro porośnięte papirusami oraz wodnymi hiacyntami jest bardzo malownicze. Poziom wody jeziora ulega stałym wahaniom. W latach 80 XX wieku znacznie opadł, w wyniku odpompowania przez farmerów wody z rzeki Thurusha, która jest dopływem jeziora. Jednak najmniejsze było w latach 50 ubiegłego wieku. W 1998 roku spadły wyjątkowo obfite deszcze, które prawdopodobnie były następstwem zjawisk El Ninio. Poziom wody podniósł się, a dawna linia brzegowa, zaznacza się zewnętrznym pasem papirusów i słupkami ogrodzenia wystającymi z wody.

Jezioro Naivasha odwiedza się przede wszystkim ze względu na podglądanie żyjących tam hipopotamów. Choć gnieździ się tam również ok. 400 gatunków różnych ptaków. Między innymi możemy zobaczyć tam żyjące wolno papużki nierozłączki (w Kenii są po ochroną), marabuty ale przede wszystkim piękne bieliki afrykańskie, których donośny jakby żałosny krzyk niesie się po wodzie na duże odległości. Na brzegach jeziora można spotkać również pasące się żyrafy, impale i zebry.

Wypływamy na jezioro wąską łodzią motorową. Trochę mamy wyrzuty, że brutalny ryk silnika przerywa tą ciszę, ale ptaki są chyba przyzwyczajone do hałasu bo właściwie nie reagują. Mnóstwo czapli żeruje tuż obok przepływającej łodzi a my możemy podziwiać te piękne ptaki. Także mnóstwo gęsi i innych ptaków szuka pożywienia wśród zarośniętych brzegów jeziora.

W jeziorze żyją dwie rodziny hipopotamów, zajmują przeciwległe brzegi i nie wchodzą sobie w paradę. Podpływamy dosyć blisko do pierwszej grupy. Jest strasznie gorąco, słońce prawie wypala nam głowy mimo czapek. Hipopotamy niestety pokazują jedynie nozdrza i uszy ponad wodą. Chronią swoje olbrzymie ciała przed promieniami słonecznymi. Podpływamy jeszcze bliżej i mam wrażenie, że chyba troszkę za bardzo niepokoimy te groźne zwierzęta, bo w wodzie zaczyna się ruch. Mam świadomość, że są to jedne z najbardziej niebezpiecznych zwierząt, a nasza łódka nie jest zbyt stabilna i solidna. Poza tym hipopotamy są pod ochroną i znowu mam wyrzuty sumienia, że nie powinniśmy ich niepokoić. Jednak zanim na dobrze moje sumienie zaczęło mnie gryźć wielki samiec ruszył do ataku! Woda się zakotłowała i wynurzył się wielki hipopotam szybko i zwinnie zaczął płynąc w naszym kierunku. Na szczęście był to atak pozorowany a nasz przewodnik doskonale wiedział, że trzeba szybko odpłynąć. Choć było to bezpieczne to adrenalina podskoczyła nam wysoko.

Wypłynęliśmy na środek jeziora. Nasz przewodnik w pewnym momencie uniósł rękę do góry i głośno zagwizdał. Usłyszeliśmy głośny jakby zawodzący dźwięk i z drzewa z przeciwległym brzegu zerwał się do lotu piękny afrykański orzeł bielik.  Jego „krzyk” był bardzo głośny i przeszywający. Zatoczył nad naszymi głowami kilka kółek pokazując jaki jest wielki i piękny i odleciał. Taki spektakl powtarzany był kilka razy a my mieliśmy okazję podziwiać tego pięknego ptaka w locie z rozpostartymi skrzydłami tuż nad naszymi głowami.  To chyba jedno z nielicznych miejsc gdzie z tak bliska można oglądać te fascynujące ptaki, tym bardziej, że przecież są zupełnie dzikie. Jedynie przyzwyczajone do tego, że od ludzi mogą otrzymać smaczną rybę, bo oczywiście po każdym locie orzeł dostawał rybkę w nagrodę.

Po zabawie z bielikiem popłynęliśmy w drugi koniec jeziora gdzie leniwie pływała kolejna grupa hipopotamów. Te były już bardziej widoczne od pozostałych i nawet udało się zobaczyć jak leniwie ziewają pokazując „garnitur’ zębów z olbrzymimi siekaczami.  Obserwacja tych zwierząt jest fascynująca wymaga jednak sporo czasu i cierpliwości, bo w ciągu dnia zwierzęta te po prostu odpoczywają i nie są skore do pokazywania swoich wdzięków. Wolą odpoczywać zanurzone w wodzie i czekać na nadejście zmroku aby wyjść na brzeg i żerować. Ponoć potrafią nawet wejść na teren kampingów, które zlokalizowane są w pobliżu jeziora.

Wycieczka po jeziorze jest leniwa i odprężająca. Można obserwować również mieszkańców okolicznych wiosek, którzy nad brzegiem łowią ryby, robią pranie, kąpią się czy po prosu myją. Dzieciaki bawią się w płytkiej wodzie i oczywiście jak wszystkie dzieci w Kenii przyjaźnie machają i uśmiechają się do każdego turysty. Warto się wybrać na tą wycieczkę, bo nigdzie nie udało nam się z tak bliska podziwiać hipopotamów, no i ten bielik afrykański był piękny. Na tle łańcuchów górskich, żółtych akacji i zielonej sawanny jezioro Naivasha prezentuje się wyjątkowo malowniczo.

Skomentuj