Budynek szkoły stał poza wioską. Tuż obok, ale nie jest częścią „okręgu” wioskowego. Jednak sam budynek, był drewniany i solidnie zbudowany. Były normalne drzwi i okna (chociaż bez szyb). Dach pokryty blachą falistą. Sprawiało to wrażenie porządku w porównaniu z pozostałą częścią wioski. Z wielką ciekawością szliśmy do tej szkoły. Dzieciaki w Kenii, choć umorusane, brudne i zasmarkane są cudowne. Przeważnie bardzo ciekawskie, nie boją się obcych, machają do turystów, uśmiechają się. Jak większość dzieci na świecie ma się ochotę je przytulić. Zazwyczaj są bardzo biednie ubrane tym bardziej powoduje to odruch współczucia. Jednakże nie spotkałem dzieci głodnych.

Gdy weszliśmy do budynku szkoły mim oczom ukazał się widok powalający. Około trzydzieścioro dzieci było stłoczonych w jednej dość małej salce. Wyglądało to niestety tak, że dzieci się tam nie uczyły a jedynie zostały tam umieszczone dla nas, turystów. Co prawda na drawnianach ścianach wisiały plakaty z nazwami kolorów po angielsku, alfabetem, nazwami dni i miesięcy. Dzieci siedział w długich ławach, trochę przypominających nasze ze szkół wiejskich sprzed lat. Ale nie było nic więcej. Nie było też nauczyciela, a dzieci nie miały żadnych przyborów szkolnych. Nie były też ubrane w mundurki (które są powszechne we wszystkich szkołach w Kenii).

Poza tym niektóre dzieci maiły ok dziesięciu lat a inne może dwa lub trzy. Wiele starszych dzieci opiekowało się swoim młodszym rodzeństwem. Ewidentnie nie trafiliśmy na moment nauki tych dzieci. Właściwie wyglądało na to, że dzieciaki miały być w jednym miejscu tylko po to, żebyśmy mogli zrobić zdjęcia. Było to wrażenie z jednej strony fascynujące, wspaniałe dzieciaki. Z drugiej strony przytłaczające, że to tylko na pokaz. Kilkoro z nas wyszło z tej szkoły ze łzami w oczach.

Edukacja na poziomie podstawowym jest w Kenii obowiązkowa. Okazało się jednak, że o ile w miastach jest to łatwe do sprawdzenia, o tyle w mniej dostępnych terenach nikt tego nie sprawdza. Pokusa wydania dziewczynki za mąż gdy jest ona praktycznie jeszcze dzieckiem i pozbycie się problemu (plus otrzymanie kilku krów) jest perspektywą bardziej korzystną dla rodziców, niż posyłanie jej do szkół. Zresztą Kenia to biedny kraj (choć jeden z bogatszych w Afryce!), a szkoła mimo że darmowa to jednak kosztuje (przybory szkolne, podręczniki) wielu rodziców na to nie stać, wolą wysłać dzieci do pracy. Inne muszą po prostu pomagać w domach, najczęściej opiekować się swoim młodszym rodzeństwem.

Tak więc mamy bardzo mieszane uczucia z wizyty w tej wiosce. Odnosimy wrażenie, że to co nam pokazano ma się nijak do prawdziwego życia Masajów. Trzeba pozbyć się filmowych iluzji i postarać szczerze porozmawiać z ludźmi, wówczas na pewno dowiemy się więcej. Jednak taka wizyta dla nas Europejczyków jest rzeczą nie do zapomnienia. Z całą świadomością „cepelii” takiej wioski, czy jak niektórzy mówią „plastiku” turystycznego – warto. Oczywiście jestem przekonany, że to wszytko co widziałem było zorganizowane dla turystów i robi się na tym na prawdę duże pieniądze. Szkoda jednak, że te pieniądze nie trafiają do najbardziej potrzebujących.

Cóż w takich miejscach tradycja miesza się z nowoczesnością. Potrzeba zachowania tradycji przegrywa z gotówką od turystów. Wydaje się, że jeden z najbardziej niezależnych ludów Afryki został zmuszony przez czasy w jakich żyje przyjąć inne postawy. Jednak wciąż można spotkać jeszcze tradycyjne wioski, w których toczy się normalne życie. Trzeba tylko zboczyć z turystycznego szlaku. Wiele takich mijaliśmy zarówno w Amboseli jak i w Masai Mara. Mimo wszytko, obraz dziecięcych ciekawskich twarzy jest wspaniały. Ciekawość tych dzieci wymieszana z nadzieją na prezenty powoduje, że bardzo szybko łapie się z nimi kontakt.

Gdy po raz pierwszy ujrzymy wioskę na sawannie, kolorowo ubranych Masai z dzidami w rękach jest to widok, który będziemy pamiętali do końca życia. Warto!

Jeden komentarz do “Dzieciaki w masajskiej szkole”

  1. fajne sa te dzieciaki

Skomentuj